Serwis Lublin.eu używa plików cookies. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na ich użycie.Zamknij

VII KONCERT  kameralny, Trybunał Koronny, sobota 8 października 2016, godz. 19.00

13.10.201622:20

V Festiwal dobiega końca, można więc już pokusić się o kilka słów podsumowania. Bardzo dobre koncerty, pokaz różnych świetnych formacji kameralnych (trio fortepianowe, duet fletowy z fortepianem, teraz kwartet smyczkowy). 
Znakomici soliści, instrumentaliści i wokaliści. Dopisała publiczność. Program bardzo różnorodny, interesujący, a w kilku przypadkach dodatkowo cenny poznawczo. Ułożony tak, aby melomani mieli szansę posłuchać znanych ale i zapoznanych dzieł przeszłości, jak i całkiem nowych. A w tym wszystkim - poznajemy kolejne dzieła Profesora Andrzeja Nikodemowicza. I przekonujemy się, że bez Festiwalu nie mielibyśmy szansy na taki wgląd w twórczość kompozytora.  
W ten wieczór Trybunał Koronny wypełnił się do ostatniego miejsca. Miłe to było, bo Gliér Quartet, który przyjechał z Austrii, mógł sobie wyrobić całkiem pozytywne zdanie o melomanach z Lublina (gdybyż jeszcze nie klaskali między częściami kwartetów…). Nazwa kwartetu przystaje do jego składu. Patron Reinhold Ernst Glière (1874 lub 5-1956)  to kompozytor rosyjski i ukraiński pochodzenia polsko-niemieckiego. Formalnie  nie ma to żadnego znaczenia, ale dla sztuki muzycznej (nie tylko zresztą) – pierwszorzędne. Różnorodność kulturowa to bowiem najlepsza pożywka dla twórczości. 
Sam kwartet tworzą cztery osobowości (rzeczywiste!), ukształtowane przez różne kultury : Wladislaw Winokurow - I skrzypce (Rosja 1 ), Mykhaylo Zakharov - II skrzypce (Ukraina), Gayane Mirzoyan – altówka (Armenia) , Milan Karanović – wiolonczela (Serbia). Coś wspaniałego. A to, że teraz grają razem w Austrii oznacza, że muzyka najlepiej pomaga obalać podziały, granice i stereotypy. Miał rację dziś całkowicie zapomniany filozof  Emanuel Ogieński (1813-1886)2  z Trzemeszna, że politykę powinna kształtować - sztuka fugi – jako harmonijne współistnienie różnorodności. I choć barok jest najbardziej eksploatowaną epoką w muzyce (od czasu samego baroku, oczywiście), to nikt nie pamięta na czym owa sztuka fugi polega. Szkoda.   W tym koncercie wszystko miało swój głębszy sens. Program korespondował z patronem kwartetu jak i z jego członkami jak w żadnym innym. Altowiolistce o pięknym imieniu Gajane, które melomanom kojarzyć  się musi ze znakomitym baletem Arama Chaczaturiana (1903-1978) o tym tytule z 1942 r.(3)   przypisuję fakt, że na koniec koncertu zabrzmiały ludowe pieśni ormiańskie, które zbierał, zapisywał i opracowywał twórczo Komitas Vardapet (1869-1935), a właściwie Soghomon Soghomonian – duchowny, muzykolog, kompozytor, śpiewak i chórmistrz, którego pionierskie badania etnomuzykologiczne sprawiły, że stał się założycielem ormiańskiej szkoły narodowej w muzyce. Zebrane i opracowane przez niego pieśni ludowe wydane jako „Ormiańska Lira” stały się podstawą do opracowania ich na kwartet smyczkowy. Zrobił to Sergei Zakharovich Aslamazyan (1897-1978), wiolonczelista i współtwórca znakomitego kwartetu smyczkowego Komitas Quartet (nazwanego tak na pamiątkę duchownego-kompozytora), z którym koncertował w latach1925 -1968.Trzy pieśni i dodatkowo jedną na bis w tym właśnie opracowaniu zagrał Gliér Quartet. Okazał się godnym spadkobiercą wielkiej tradycji kwartetów takich jak Komitas czy Borodin, które grając (i to jak!) muzykę swoich rodzimych i sąsiedzkich krajów, umiały ją w świecie rozsławić. Myślę, że podobną drogą idzie (czy raczej płynie- z dźwiękami) Gliér Quartet i słuchać go w Lublinie było dużą gratką dla melomanów. Zabrzmiały pieśni: nr 1 „Miłaja Szoger” – zadzierzysta, ruchliwa i we fragmencie nostalgiczna, pokazująca w uroczy sposób wzloty i upadki starań chłopca o względy dziewczyny , nr 2 „Strojna kak czinar” (smukła, kształtna jak platan – wspaniałe doprawdy drzewo) – pięknym solo wiolonczeli się rozpoczynająca, które jakże miłośnie zabrzmiało pod smyczkiem Milana Karanović`a, a potem w wysokich rejestrach pod smyczkiem I skrzypka Wladislawa Winokurowa ;  i nr 14 Kuropatoczka (kuropatwa) – uroczy taniec ptaszyny czy raczej młodej – dziewczyny. Ileż było tutaj wdzięku w grze artystów. Na bis, z powodu zachmurzonego Lublina, który tak właśnie przywitał artystów – kwartet zagrał prześlicznie - melancholijną  Pieśń nr 10 Obłoczno (pochmurno). Główny trzon programu stanowiły jednak dwa kwartety twórców z głównego nurtu muzyki rosyjskiej, który swego czasu był grywany (i słuchany) w Polsce częściej i mimo to pozostawił w nas wspaniałe przeżycia z tą zachwycającą muzyką związane. Tak też, 
w zachwyceniu, zwłaszcza, że kwartet grał z wielką muzykalnością (powiedziałabym: słowiańską, ale nie wiem, czy political correctness jeszcze na coś takiego zezwala…), pięknie frazując, mając głębokie oparcie w wiolonczeli o bardzo soczystej barwie, z niezwykle uwrażliwionymi na wszystkie niuanse towarzyszenia głosami środkowymi skrzypiec i altówki oraz wydobywającego ze swego instrumentu cudną, niezwykle żywą barwę prymisty. Słowem: kompozycja i wykonanie sprzęgły się tu w jedno. Kwartet wpisał sobie we wspólny życiorys muzyczny etyczny postulat „uczciwego prezentowania muzyki”(patrz książka programowa). Bardzo on cenny i możliwy dziś do spełnienia prawie tylko na terenie muzyki tzw. klasycznej. A formacja ma wielką szansę, aby postulatowi być wierną, bo posiada  muzyczny i umysłowy potencjał oraz, zdaje się, szerokie spojrzenie na współczesną rzeczywistość muzyczną. Jest też świetnie profesjonalnie przygotowana. I zwyczajnie – kocha grać, muzyka jest dla niej wielką radością i sposobem na piękne życie.  
W takim właśnie bardzo „uczciwym” i znakomitym wykonaniu w części pierwszej zabrzmiał Kwartet no. 13 op.86  z 1949 r. Nikołaja Miaskowskiego (I. Moderato, II. Presto fantastico, III. Andante con moto e molto cantabile, IV. Molto vivo, energico). Nikołaj Jakowlewicz Miaskowski (1881-1950) urodzony w Warszawskiej Guberni (dokładnie w polskim Modlinie  - wiadomo z jakiego powodu tam właśnie przebywał jego ojciec - inżynier wojskowości), ale na szczęście nie podjął rodzinnej tradycji, bo od dziecka wykazywał zdolności muzyczne a nie do musztry. Uczeń największych tego czasu - Reinholda Gliera, Anatolija Liadowa, Nikołaja Rimskiego-Korsakowa i nauczyciel innych wybitnych kompozytorów - Arama Chaczaturiana i Dmitrija Kabalewskiego, kiedy prowadził klasę kompozycji w Konserwatorium Moskiewskim. To pokazuje jak wielką rolę odgrywa pedagogika - jako przekazywanie sukcesji, sztafeta pokoleń, w której ma się komu i potrafi przekazać pałeczkę. Miaskowski był najbardziej płodnym symfonikiem rosyjskim (napisał 27 symfonii), rozwijając twórczo tradycje P. I. Czajkowskiego ale i wprowadzając do swej muzyki  to, co wtedy nowe (przynajmniej na początku drogi, kiedy wolno jeszcze było eksperymentować, bo nie groziło to zesłaniem) jak technikę dwunastotonową  A. Schönberga (w VII Symfonii op. 24 z 1922 r.). Kwartet no. 13 Miaskowskiego należy do muzyki emocjonalnie nasyconej (jak właściwie w ogóle muzyka rosyjska i jest to jej bardzo istotna wartość i wyróżnik) dość ciemnymi barwami. Charakter tej kompozycji tworzą bardzo wyraziste struktury melodyczne, czasem  polifonizujące,  ale utwór zachowuje tradycyjną budowę, jak i tradycyjne wykorzystanie instrumentów i ich techniki. Zabrzmiał w wykonaniu  Gliér Quartet bardzo pięknie i zajmująco. 
W części drugiej, przed ormiańskimi pieśniami zespół zagrał Kwartet nr 2 z 1881r. Aleksandra Borodina  (I. Allegro moderato, II. Scherzo. Allegro III. Nocturne. Andante IV. Finale. Andante – Vivace). Punktem stycznym obydwu kompozytorów jest dokonana przez Miaskowskiego w 1944 r. transkrypcja na kwartet trzech romansów i cavatiny z opery „Kniaź Igor”, co stanowi realny dowód atencji jednego twórcy dla drugiego. Czas powstania wskazuje, że była to tyleż potrzeba serca, co zabieg terapeutyczny – w mrocznym czasie wojny myśleć o baśniowo szczęśliwie zakończonej wyprawie pułku Kniazia Igora i jego pięknej żonie Jarosławnie, zaklętych w niezwykłe melodie Borodina. To, że Aleksandr Porfirjewicz Borodin (1833-1887) był umysłem ścisłym i wybitnym chemikiem, który miał osiągnięcia w tej dziedzinie, w zakresie wrażliwości muzycznej nie czyniło żadnych ograniczeń. Jego wielki talent melodyczny i pomoc kolegów, którzy po śmierci kończyli operę (Rymski-Korsakow jako fenomenalny instrumentator zrobił to – bezinteresownie- genialnie, co z pewnością zaważyło na odbiorze) dokonały reszty. A rosyjscy kompozytorzy XIX w. muzyką zajmowali się z potrzeby serca, a zawodowo bywali – Rymski-Korsakow marynarzem, Musorgski – dla muzyki porzucił karierę oficerską, a Bałakiriew ukończył – matematykę. Jako kompozytorzy byli właściwie samoukami i wspomagali się wzajemnie w tych działaniach, tworząc podwaliny tego, co do dziś określa się szkołą rosyjską. To oni także zauważyli śpiewność ludowych melodii i postanowili ją zużytkować w swoich kompozycjach. Dlatego tak bardzo odróżnialna, inna jest muzyka rosyjska z jej śpiewnością, rozlewnością frazową, którą w Borodinie możemy dostrzec od pierwszych dźwięków. Kwartet Borodina tak właśnie płynnie, dosłownie przy pomocy instrumentów przez artystów – wyśpiewany - sprawił wielką frajdę publiczności. Całość - to wieczór niezwykle udany muzycznie, a dodatkowo umożliwiający zetknięcie ze światem nieznanej muzyki ormiańskiej. Kolejna znakomita lekcja festiwalowa. 
W niedzielę – Finał. Właściwie to smutno się robi, że rozstajemy się z muzyką Andrzeja Nikodemowicza i innych kompozytorów, z różnych światów muzycznych pochodzących, a jednak należących do Muzycznego Kosmosu, który oby miał szansę trwać 
i być wzbogacany o kolejne twory myśli, serca, wyobraźni i wielkiej pracy. Ale każde rozstanie jest nie mniej ważne niż – spotkanie. I choć poeta (także i kompozytor, ale mało znany) Edmond Haraucourt  (1856-1941) napisał tyleż melancholijnie, co prawdziwie partir c'est mourir un peu (4) , to jednak to rozstanie nie pozostawia nas pustymi, opuszczonymi, bo to (śmiem twierdzić, że t y l k o  - t o) co w nas – zapadło, a w czasie V Festiwalu było tego mnóstwo: myśli, doznania, wielozmysłowe percepcje, pozostanie w nas i ma nawet szansę jeszcze się rozrosnąć, zmieniając nas samych od wewnątrz. W ten sposób, ponieważ gros naszych percepcji jest przecież nieświadomych (Leibniz i Freud),  nie wiadomo wcale, co może się jeszcze na ekranie świadomości pojawić i za czym, dzięki uczestnictwu we wspólnym Święcie ( i Świecie) Muzyki mamy szansę poszybować. Oby jak najwyżej.  
Iwona A. Siedlaczek


1. W przypadku p. Winokurowa kierowałam się nazwiskiem, ale nigdzie nie znalazłam potwierdzenia, z góry też przepraszam, jeśli tym domniemaniem mogłam świetnego skrzypka – urazić! – Iwona Siedlaczek 
2. Ogieński, który nosił imię wielkiego Kanta, był autorem dzieła z filozofii polityki pt. „Hegel, Schubarth und die Idee der Persönlichkeit in ihrem Verhältnis zur preussischen Monarchie”, Wyd. Gustav Olawski, Trzemeszno 1840. Ogieńskiego wprowadził na powrót do kultury inny filozof - Andrzej Nowicki (1919-2011) artykułem „Emanuel Ogieński [1813-1886] a 120 anni dalla morte. Il filosofo e il primato della cultura”, Presenza Taurisanese , XXIV, 195, luglio-agosto 2006, s. 8-10. 
3. ormiańskie imię ma korzenie greckie i kojarzy się z boginią Gają – Matką Ziemią, balet Chaczaturiana wykorzystuje to piękne i znaczące imię do pokazania jakże niepięknej postawy dziewczyny, która denuncjuje swego ukochanego „dla dobra ZSRR”, oczywiście. I choć wszystko kończy się happy endem i niezwykłym „Tańcem z szablami”, który do dziś jest przebojem, to jednak szkoda, że balet musiał być napisany na sześćdziesiątkę Stalina i pokazywać, jak Armenii jest dobrze w tym sowieckim układzie. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie dopisała słowa o tym, że to bycie w układzie republik miało pewien plus, bo powodowało kształcenie wielkich talentów  (jak sam Chaczaturian) w największych konserwatoriach Rosji (wtedy radzieckiej) i spowodowało, że muzyka ormiańska weszła na stałe do kultury światowej. Historia tego pięknego kraju jest, jak większości na tym terenie położonych, pasmem podbojów, kolonizacji przez kraje ościenne i ludobójstwa na tle etnicznym, które do tej pory nie znalazły właściwego oddźwięku społecznego, przemilczane i pomijane. To jest właśnie tzw. - polityka… dlatego jestem muzykiem. 
4. opuszczać, zostawiać, wyjeżdżać itd. to trochę umierać 

Iwona A. Siedlaczek – najwięcej czasu spędza w Szkole Muzycznej I i II st. im. Tadeusza Szeligowskiego w Lublinie, gdzie  prowadzi jedną z klas skrzypiec, resztkę wykorzystuje na studiowanie prac z dziedziny  muzykologii, teorii muzyki i filozofii, co czasami owocuje jakimś własnym artykułem. Od czasu do czasu przyjmuje na siebie rolę kronikarki lubelskich (a niekiedy innych miast) wydarzeń muzycznych, której nie należy mylić z krytyką muzyczną, bo wszyscy krytycy już dawno wymarli, a o muzyce współczesnej to już w ogóle nie wiadomo, co i jak pisać… Współpracuje z Niecodziennikiem Bibliotecznym

Wydarzenia polecane

Kalendarium wydarzeń

<

24.04.2017

>

Marzec 2017

Kwiecień 2017

Maj 2017

Czerwiec 2017

Lipiec 2017

Sierpień 2017

Wrzesień 2017

Październik 2017

Listopad 2017

Grudzień 2017

Styczeń 2018

Luty 2018

Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
27 28
1 2
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
27 28 29 30 31
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
1 2 3 4
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
29 30 31
1 2
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
26 27 28 29 30
1 2 3 4 5 6
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
31
1 2 3
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
28 29 30 31
1
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
25 26 27 28 29 30
1 2 3 4 5
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
30 31
1 2 3
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
27 28 29 30
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
1 2 3 4
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
29 30 31
1 2 3 4

Zgłoś problem

X

Zauważyłeś niepoprawne działanie strony lub nieaktualne dane? Zgłoś to korzystając z poniższego formularza.

Captcha*

Ile to jest 7 - 7?

(wpisz wynik liczbowo)