W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z serwisu lublin.eu oznacza, że będą one zamieszczane w Twoim urządzeniu. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień Twojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w Polityce prywatności.Zamknij

Drukuj stronę do PDF Ciasny, ale własny

26.04.201520:31

Nowi w sąsiedztwie to nieustający performance pięcioosobowej rodziny – Magdy Szubielskiej (Mama), Radosława Bułtowicza (Tata), oraz ich trzech córek: bliźniaczek Ady i Niny (4 lata), oraz Maliny (prawie 1 rok). Na początku kwietnia cała rodzina wprowadziła się do Kiosku ze sztuką sprawnie zapełniając przestrzeń prywatnymi rzeczami: sofą, ekspresem do kawy, ubraniami, pieluchami, rysunkami, kocami, dywanikiem, lampką, radiem (działającym przez całą dobę), filiżankami, książkami, kłębkami wełny, kwiatami, portretami rodzinnymi i wszystkimi innymi rzeczami, które uznali za odpowiednie, aby zabrać ze sobą na ten, trwający 5 miesięcy, biwak. W dobie kredytów we frankach szwajcarskich i drogich nieruchomości własny kiosk o powierzchni 5 m² wydaje się być łakomym kąskiem dla wielodzietnej rodziny. Szczególnie, że zbliża się lato i mieszkanie w kiosku przypomina biwak na działce. W dodatku w koło rośnie trawa, po której może poraczkować Malina (o ile sąsiedzi powstrzymają swoje psy przed zaznaczaniem terenu), a wraz z nowymi mieszkańcami pojawiają się bratki. Działanie rodzinne ma w sztuce długie tradycje – od akcji lekko opresyjnych i eksperymentów duetu Kwiek/Kulik, do niczym nieskrępowanej radości płynącej ze wspólnego działania, jak w przypadku matki wspinającej się na drzewa na spacerach z dziećmi, które działania te dokumentują (Cecylia Malik). W obecności dzieci nagle poważnie brzmiące słowo SZTUKA zyskuje dodatkowego wymiaru. Spuszcza powietrze ze zbyt ciężkich gestów, przyjaźnie usposabia odbiorców i działa w sposób przez nas nieoczekiwany – trafia swoją energią prosto w serce. Z jednej strony gest wprowadzenia się do mikroskopijnej przestrzeni kiosku przez pięcioosobową rodzinę wydaje się aktem desperacji. Blaszana buda, wystawiająca na widok publiczny (pomimo zamontowanych zasłonek) cały dobytek i mieszkańców, wydaje się być ostatnim miejscem, do którego ktokolwiek chciałby się wprowadzić. Z drugiej nieustający klimat pikniku i niespodziewane pojawianie się i znikanie całej piątki nadaje całości działań elementu zaskoczenia. Oto ktoś wprowadził się do kiosku, w którym dotąd prezentowano sztukę, zasiedlił go, udomowił, po czym zniknął. Jednak rodzina pojawia się od czasu do czasu – wizytuje swoje włości, spędza czas wolny. Wprowadza się, ale odczarowuje nawet ten gest, traktując swoje pomieszkiwanie jako zabawę. O dziwo najpoważniej całość traktują dzieci. Ada nalega na spanie w kiosku, rozdaje ulotki w sąsiedztwie – wyraźnie przedstawia się jako nowa mieszkanka. Podobnie Nina. Malina zaś raczkuje wokoło. Sztuka uprawiana w ten sposób przypomina działanie kolektywów artystycznych. Jest z jednej strony akcjonizmem rodem z Fluxusa, z drugiej niczym nieskrępowanym działaniem na pograniczu życia, performance i klasycznej wystawy. Już sam budynek Kiosku ze sztuką jest dość specyficznym miejscem prezentacji sztuki współczesnej. Poszerzony o kontekst działania kolektywnego, wręcz rodzinnego, skutecznie zaciera granice pomiędzy tym co przedstawione i rzeczywiste. Jak mamy rozumieć gest „zamieszkania w kiosku”? Sam podtytuł wyjaśnia wiele – Ciasne, ale własne. Z jednej strony każe zastanowić się nad kondycją współczesnej rodziny szukającej miejsca do życia, z drugiej na plan pierwszy wysuwa jednak wartość podstawową – płynąca z bycia razem, wspólnego działania, czy po prostu zabawy. Prawdą jest, że Nowi w sąsiedztwie to działanie lekko prowokacyjne – pod szyldem sztuki współczesnej pokazujemy swoje życie osobiste, jak zrobiła to Tracy Emin eksponując w Tate Gallery własne łóżko przeniesione 1:1 z całym bałaganem, który temu towarzyszył. Jako widzowie możemy bezkarnie potowarzyszyć pięcioosobowej rodzinie w ich życiu – zajrzeć przez okno w kiosku, pogadać, wziąć udział w pikniku. Nagle, uczestnicząc w „projekcie artystycznym” łapiemy się na tym, że tak naprawdę nie różni się on wiele od naszej codzienności. Ale czy na pewno? Mimo wszystko mamy tu do czynienia z pewną aranżacją przestrzeni, z zaplanowanym działaniem skierowanym do odbiorców, którymi są mieszkańcy dzielnicy. Jest to jednak na tyle autentyczne i bliskie każdej rodzinie, że skutecznie niweluje granicę pomiędzy twórcą, a widzem. Sztuka zatem wychodzi już nie tylko w przestrzeń publiczną, ale zagląda do prywatnej. Proste, codzienne gesty nabierają znaczenia, większego ciężaru. Stają się komunikatem, który z jednej strony każe nam cieszyć się z tego co mamy (Ciasne, ale własne), z drugiej stawia na pierwszym planie kolektywne, rodzinne działanie – sadzenie bratków, rysowanie, wspólne bycie ze sobą – rzeczy, o których zdajemy się nie pamiętać egzystując w wirtualnej rzeczywistości. Ludomir Franczak