W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z serwisu lublin.eu oznacza, że będą one zamieszczane w Twoim urządzeniu. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień Twojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w Polityce prywatności.Zamknij

Drukuj stronę do PDF DIARIUSZ FESTIWALOWY VII i ostatni koncert 6 października 2019

29.10.201922:25

Zwieńczeniem VIII Festiwalu był recital wybitnej pianistki polskiej BEATY BILIŃSKIEJ. W jej wykonaniu usłyszeliśmy /między innymi/ rewelacyjnie zagrane „3 Preludia” Patrona Festiwalu. Taki FINAŁ to doprawdy najlepsze i najbardziej wiarygodne świadectwo, że kompozytor jest coraz bardziej obecny swoją twórczością w muzycznym XXI w. czyli… wśród nas.
Artystka rozpoczęła swój niezwykle interesujący programowo recital w AULI im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego na KUL od Johanna Sebastiana Bacha (1695-1750). Wybrała aranżację /bo tak chyba należy to określić/ „Chaconne d-moll” z „II Partity d-moll” BWV 1004 na skrzypce solo autorstwa Ferruccia Busoniego (1866-1924)– włoskiego kompozytora, świetnego pianisty, dyrygenta i filozofa muzyki, który myślami „Zarysu nowej estetyki muzyki” (1907) znacznie wpłynął na swoich uczniów - kompozytorów, m.in. Luigiego Russola i Edgara Varèse'a. Ten ostatni zaś wywarł potem znaczny wpływ na Johna Cage`a. Wszystko jest powiązane ze wszystkim w świecie muzycznym!

Busoni nie zrobił transkrypcji Bacha, a raczej zaaranżował go na swój sposób – monumentalnie i bardzo fortepianowo, z wirtuozowskim zacięciem godnym Liszta, którego zresztą podziwiał. Profesor Helga Thoene, która badała „Chaconne” i inne dzieła Bacha pod kątem tzw. gematrii czyli systemu numerologii opierającym się na języku i alfabecie hebrajskim sugeruje, że ta partita, a zwłaszcza jej ostatnia część, była swoistym nagrobkiem napisanym ku pamięci pierwszej żony Bacha, Marii Barbary Bach (zmarłej w 1720 r.). Thoene odkryła ponadto chorały, które Bach wykorzystał jako cantus firmus /linię melodyczną/ w swojej kompozycji.  A jak wiemy chorały to – słowa tekstu, które „znaczą” [1]. I chociaż teoria Thoene uważana jest za kontrowersyjną, nie sposób myśleć o „Chaconne” inaczej jak o dziele mistycznym, w którym kompozytor wyprowadzając od krótkiego Tematu 64 jego wariacje wprowadza nas w jakiś trans… Ale tak jest w wersji skrzypcowej, która siłą rzeczy, z racji niepolifonicznego instrumentu stanowi o jej intymniejszym charakterze. W fenomenalnej skądinąd aranżacji to znika… z intymnej, żarliwej jak modlitwa „Chaconne” staje się ona wielką architektoniczną katedrą. To już zupełnie inne dzieło, pianistyczny fajerwerk, pokaz wirtuozerii i maestrii, także oczywiście wspaniały hołd geniuszowi Bacha złożony. Skoro podnoszą się głosy /a podnoszą!/, że wykonawstwo muzyki dawnej wypchnęło poza nawias koncertowy tę wielką literaturę pianistyczną, jaką są aranżacje Bacha przez Busoniego i transkrypcje Leopolda Godowskiego, to dobrze się dzieje, że wielcy pianiści naszych czasów do niej jednak wracają. Pokazując przy tej okazji własny kunszt pianistyczny. Beata Bilińska zagrała Bacha/Busoniego doprawdy z wielkim kunsztem! Fantastycznie wciągająco, wspaniałą techniką i „dobitnie” pianistycznym brzmieniem. Jako słuchacze byliśmy zachwyceni takim początkiem recitalu.

Zaraz potem w „Sonacie C–dur” op. 2 nr 3 Ludwiga van Beethovena (1770-1827) pokazała jak ta wczesna kompozycja /dedykowana nauczycielowi Josephowi Haydnowi/ łączy w sobie jeszcze Haydnowsko-Mozartowskie „lekkości” z już własną i wyróżniającą Beethovena umiejętnością – rozbudowanym, dramatycznym przetwarzaniem materiału muzycznego. Wychodząc od „lekkiego”, w stylu „Mozartowskim” tematu cz. I Allegro con brio Beethoven wydobywa z niego potencjał o zupełnie już innym charakterze. Patrząc na daty, Beethoven urodził się tylko 20 lat po śmierci Bacha, a jakież to estetyczne „lata świetlne”. Ale przecież Beethoven nie tylko z Haydna i Mozarta, ale i polifonii Bacha wyrastał i z niej obficie, choć po swojemu, czerpał. Już w tej sonacie słychać charakterystyczne dla Beethovena tekstury, które można by z powodzeniem rozpisać na orkiestrowe tutti. Właśnie z tego powodu cz. I można określić jako quasi-symfoniczną. Sonata jest napisana z subtelnym humorem /temat cz. I, pomysł cz. III Scherzo. Allegro/. Wszystkie części mają charakter bardzo koncertowy, popisowy, co słyszeliśmy bardzo wyraźnie w wykonaniu Beaty Bilińskiej /świetne tempa, lekkość, finezja, ale i potrzebny dramatyzm/. T u  jeszcze Beethoven nie zamyśla się tak bardzo jak w utworach późniejszych. 26-letni kompozytor ma wtedy jeszcze przed sobą wstrząsający list do braci znany jako „Testament heiligenstadzki”(1802) – wynik załamania nerwowego postępującą głuchotą. Dla koncertującego jeszcze wtedy pianisty /wczesnej „Sonacie op. 2 nr 3” nadaje taki właśnie wirtuozowski „sznyt”/ i rozwijającego się z niebywałą intensywnością kompozytora gorszej wiadomości  doprawdy być nie mogło. Zatem w tej sonacie jeszcze naprawdę żartuje /cz. III Scherzo. Allegro/, a nawet bawi się jak „psotny uczniak” dostojnego Mistrza Haydna /cz. IV Allegro assai/. Z psychologicznego punktu widzenia to właśnie tragedia choroby Beethovena zmieniła go diametralnie jako człowieka, jego muzykę wyposażając w tony takiej głębi, której być może bez tragedii nie zdołałby nawet dotknąć. W op. 2 jeszcze tego wszystkiego nie słychać, co nie znaczy, że nie jest to muzyka już wybitnego twórcy.Wykonanie Beaty Bilińskiej było niesłychanie barwne, doskonale uchwyciło obecność wszystkich trzech „klasyków wiedeńskich” w – jednym! Dzieło Beethovena zabrzmiało błyskotliwie i znacząco, w pełnym blasku niewymuszonej wirtuozerii.

Bach i Beethoven stanowili odrębną część recitalu pianistki, po której nastąpiła zmiana diametralna, bardzo oczekiwana zresztą, bo z muzyką Patrona Festiwalu, wśród śląskich kompozytorów Góreckiego i  Kilara umieszczoną, a przed kończącą wieczór wspaniałą „II Sonatą” Grażyny Bacewicz – kompozytorki, której 110 rocznica urodzin i 50 rocznica śmierci przypadła właśnie w tym roku. Jedynej, dodajmy – kompozytorki słyszanej na Festiwalu! Grażyna Bacewicz tym razem ratuje „honor” kobiet-kompozytorek, inaczej niż 8 czerwca 1950 roku, kiedy podczas Walnego Zjazdu Związku Kompozytorów Polskich odbyło się prawykonanie jej „Koncertu na orkiestrę smyczkową” i znany z ciętego języka „Kisiel” - Stefan Kisielewski napisał: „Z czystym sumieniem powiedzieć można, że honor kompozytorów polskich uratowała tym razem „baba” – Grażyna Bacewicz. (…) Poczuliśmy tu wreszcie „krwisty kawał” zdrowej i smacznej muzyki napisanej z potencją twórczą – iście męską”. Nie odbierajmy tego na nasz XXI-wieczny sposób, parytetu w sztuce nie tworzy się, jak w polityce  - ustawami. Ale polityka w Polsce ma ogromny wpływ na los twórczych kobiet. Mimo to jest naprawdę wiele znakomitych polskich kompozytorek i jeszcze jest szansa, że je kiedyś w Lublinie usłyszymy.

Tej części koncertu, przed „II Sonatą”, patronowała forma „preludium”. Każdy z trzech kompozytorów zrealizował ją inaczej, czym innym napełnił, a pianistka grała te wszystkie miniatury z niezwykłym temperamentem, wysypując je przed nami niczym perły ze „śląskiej korony” i lwowskich kresów.
Henryka Mikołaja Góreckiego (1933-2010) „4 Preludia” op. 1 z 1955 r., jeśli spojrzeć na określenia: I. Molto agitato, II. Lento-recitativo, III. Allegro scherzando, IV. Molto allegro quasi presto, tworzą cykl, który przypomina sonatę. Spójności formalnej dodatkowo dodaje im wykorzystany przez kompozytora czterodźwiękowy motyw ludowy, modyfikowany w ciekawy sposób, wyeksponowany na początku II Preludium i najintensywniej w nim całym obecny. Świetna muzyka 22-letniego Góreckiego, ogromnie energetyczna, pokazana przez pianistkę wyśmienicie, w brawurowych tempach, z wielką ekspresją dynamiczną, nakreśloną przez kompozytora na antypodach p-fff.  
Wojciecha Kilara (1932-2013), który na Śląsku się „zasiedział”, z Andrzejem Nikodemowiczem wiąże Lwów - jako miejsce urodzenia. „3 Preludia” Kilara to wszystko, co się ostało  z „Dwunastu preludiów na fortepian”, skomponowanych przez 19-letniego Kilara jeszcze w Liceum Muzycznym w Katowicach. Odnalazł je i wydał w latach 90. pianista Kazimierz Morski. Miło, że takie barwne okruchy (trwają ciut dłużej niż minutę!) zostały ujawnione światu. „Preludium 1”/Allegro molto/ to w odwróceniu rytmicznym i zdecydowanie bardziej szaleńcze w tempie pierwsze takty Dymitra Kabalewskiego „Błaznów cyrkowych” op. 39 nr 20. Jest w nim też coś z „ducha” Szostakowiczowskiej groteski. „Preludium 2” /Adagio/ na tle akompaniamentu nawiązującego do Preludium e-moll Op.28 nr 4 Fr. Chopina rozwija wybujałą emocjonalnie linię melodyczną.  „Preludium 3” /Allegro molto/ może nasunąć skojarzenia z Gershwinem, taka tam akordowa motoryka i jazz w podtekście. Wykonanie podkręcające tempo i tak szybkich preludiów spowodowało, że stały się one swoistą „zabawką”, arcy-przyjemną w odbiorze.

Na koniec „preludiowej” części, stanowiąc zarazem swoisty „łącznik” z ostatnim punktem programu tego niezwykłego recitalu, zabrzmiały Andrzeja Nikodemowicza (1925-2017) „3 Preludia” z 1951 r. To okres „romantyczny” w twórczości kompozytora, o czym przekonaliśmy się, słuchając w kolejnych edycjach choćby jego miniatur skrzypcowych z tego okresu. Słuchając, po raz pierwszy przecież tych krótkich utworów, które pianistka wykonała z pamięci /proszę o wybaczenie, że o tym w ogóle piszę, ale nikt dotąd nie grał Nikodemowicza w ten sposób!/, od razu skojarzyłam sobie skrzypcowy „Nokturn” z 1951r., prawykonany przez Wojciecha Proniewicza na VI Festiwalu. Ten sam rok, ale i ta sama estetyka, „gęsta” i pełna namiętności. „Preludium 1” fakturalnie i emocjonalnie nasycone jak fraza Rachmaninowa i Skriabina razem wziętych , „Preludium 2” znów Skrabinowskie, ale i Chopinowskie w duchu, ze wspaniałą, porywającą „romantyczną”, burzliwą, namiętną melodią, powodującą w wykonaniu Beaty Bilińskiej dreszcze… i „Preludium 3” z oktawowym „piorunowaniem” jak z Chopina, które rozwija się w kierunku jakiegoś szaleńczego bolera/?/ z widowiskowymi glissandami i repetetywnością dźwięków.  W tych „3 Preludiach” Nikodemowicz w „pigułce” utrwalił obraz własnego widzenia romantycznej, wirtuozowskiej pianistyki. Jeśli muzykę uznać za „wypowiedź”, to jest to właśnie głos w dyskusji na temat romantycznej tradycji. Jak wiemy, Nikodemowicz głęboko ją wchłonął, ale przecież – przezwyciężył i poszedł w kierunku brzmień awangardowych, sonoryzmu, aleatoryzmu, które także przezwyciężył, aby odnaleźć własny sposób „wyrażania siebie”, który najbardziej chyba słychać w jego kompozycjach religijnych. Trzeba by zapytać artystkę czy po tak wnikliwym przygotowaniu i tak wspaniałym, namiętnym i pięknym wykonaniu też ma wrażenie, że są to utwory, które powinny trafić do repertuaru koncertujących pianistów? Zwłaszcza, że są zwięzłe, co przy dzisiejszym tempie życia, a i braku umiejętności dłuższego skupiania znacznej części publiczności, ma znaczenie!

Na ostatni punkt programu recitalu Beaty Bilińskiej byłam otwarta od początku. Z wielką radością bowiem  przyjmuję wykonania dzieł mojej ukochanej kompozytorki Grażyny Bacewicz (1909-1969). Jej „II Sonatę” z 1953 r. wprowadził do „muzycznego obiegu” Kristian Zimmerman, który w 2009 r. - 100. rocznicę urodzin Grażyny Bacewicz miał wyjątkowe tournée po Polsce, zwieńczone nagraniem w Katowicach dla Deutsche Grammophon płyty z dwoma „Kwintetami” i właśnie „II Sonatą”. Dobrze, że to nagranie doszło do skutku, bo pewnie artysta znów długo do Polski nie przyjedzie, albo i … wcale. To jednak inny temat, a trzeba się cieszyć, że tak znakomite kompozycje, jak „II Sonata” są już dziś po prostu „repertuarem koncertowym” i mam nadzieję, że tak już zostanie. Zresztą także fonografia polska powiększyła się o świetne nagrania dzieł kompozytorki. Fenomenalny „Kwartet śląski” z przyjaciółmi nagrał znów oba kwintety, także komplet, czyli siedem kwartetów smyczkowych i nawet monoistrumentalne, unikalne zupełnie w formie i zawartości muzycznej /nawiązujące do barokowej tradycji Telemanna, ale przecież - zwłaszcza wiolonczelowy – całkowicie współczesne w brzmieniu!/ kwartety na 4-ro skrzypiec i na 4-y wiolonczele. Płyty fantastyczne, muzyka świetna, pełna energii i zadumy, gdzie trzeba, konstrukcyjnie precyzyjna i niebywale klarowna. Do wielokrotnego słuchania i poznawania niuansów tych na miarę światową kompozycji.
Wracam po tym wtręcie do wykonania koncertowego Beaty Bilińskiej. To, że się słucha płyt, wcale nie powoduje /czy nie powinno powodować/ niechęci do wykonań na żywo. Energia tych wykonań, naturalny jej przepływ między wykonawcą a słuchaczem, fakt fizycznego kontaktu ciała z falą dźwiękową, mentalnego z tym, co proponuje wykonawca oraz duchowego z unieśmiertelnionym w dziele twórcą jest nie do przecenienia. Dziwić się należy, że tak niewielu ludzi ma świadomość wielkiej terapeutycznej roli takich spotkań koncertowych z muzyką.
„II Sonata” Grażyny Bacewicz została przez Beatę Bilińską wykonana znakomicie! Miałam /i myślę, że cała widownia/ dużą frajdę, słuchając brzmieniowego ucieleśnienia tej niesłychanej energii kompozytorki, która objawiła się w każdej części tej elektryzująco burzliwej sonaty, ale najsilniej w cz. I Maestoso. Agitato / Maestoso to tylko dwa takty monumentalnego wstępu złożonego z serii dźwięków opartych o basową oktawę, który jako swoisty motyw czołowy powraca w  trakcie w kilku wariantach, a między groźne i dynamicznie burzliwe Agitato kompozytorka wplata odcinki łagodzącego tę burzę Andante/ i toccatowej wersji ludowej proweniencji oberka w cz. III Toccata. Cz. II Largo (tranquillo), nieustannie preludiująca, wcale nie jest taka „spokojna”, bo preludiowanie jest burzliwe, a podskórnie wnosi pierwiastek wręcz emocjonalnego niepokoju.  
Cz. III to ciąg dalszy pełnych ekspresji rytmów, tu jeszcze - uderzeń i fantastyczny oberek z charakterystycznym dla Bacewicz sposobem rozwijania go, który znamy z innych dzieł kompozytorki. Tak dużo się tam dzieje przez cały czas! Dla artysty to wyzwanie, doprawdy.  A Beata Bilińska po olbrzymim przecież programie jeszcze tak barwnie, z wielką swadą podkreślając oberkową „nutę”, zagrała „II Sonatę” w sposób niesłychanie wyrazisty i wciągający. Brawa, które wybuchły z ogromną siłą natychmiast po ostatnim akordzie „zmusiły” artystkę do bisu. Zrobiła sympatyczny ukłon w stronę publiczności i zagrała z melancholijną zadumą i tak „po prostu” pięknie Mazurka a-moll op. 68 Fryderyka Chopina. 
Iwona A. Siedlaczek

PRZYPISY:
[1] Helga Thoene, Johann Sebastian Bach Ciaccona: Tanz oder Tombeau[Ciaccona: Dance or Tombeau], (Oschersleben: dr. Ziethen Verlag, 2009): 8.

PODSUMOWANIE.
Ostatni koncert VIII Festiwalu to konieczność jakiegoś podsumowania. Może zastanawiają się Państwo, po co pisać o tym wszystkim, po co  o n a  to pisze? Dobre pytanie. Na pewno ze względu na Pamięć Profesora, który ponoć miał się cieszyć tymi zapiskami, co wiem od córki Małgorzaty. Samowolnie stałam się więc lubelską kronikarką pewnej części rzeczywistości miasta, które bardzo lubię, a może nawet w pewien sposób – kocham, co czasami zamienia się w „Hassliebe”, jak trafnie nazwali to uczucie Niemcy, z którym jestem sercem związana i którego rozwój kulturalny jest dla mnie naprawdę istotny. Słowo ma zatem za zadanie utrwalić pewien wycinek kulturalnej rzeczywistości mego miasta, ocalić od zapomnienia, przekazać Potomności, że takie Rzeczy jak „Międzynarodowy Festiwal Andrzeja Nikodemowicza Czas i Dźwięk” mają  t u t a j  swoje miejsce i doprawdy tym wyróżniają Lublin na kulturalnej mapie Polski. Przypomnijmy, że od I Edycji Organizatorem Festiwalu jest Lubelskie Towarzystwo Muzyczne im. Henryka Wieniawskiego.  Dyrektorem Festiwalu od I Edycji jest niestrudzona Teresa Księska Falger, która w tym roku w czasie jednego z koncertów obchodziła /chyba mogę to publicznie wyjawić?/ swoje 70 Urodziny! Wiem, że program kolejnej edycji jest już złożony Odnośnym Władzom, dzięki którym słuchamy koncertów i słuchamy - za darmo. To też wielka sprawa tego Festiwalu. Dlatego Władzom dziękujemy i prosimy o dalsze wsparcie! Festiwalem na co dzień w sposób dyskretny i zupełnie niezauważalny, a zauważyć to należy, opiekują się Dyrektor Towarzystwa Ryszard Heliasz i jego „prawa ręka” Danuta Warząchowska. A Córka Profesora  - Małgorzata Nikodemowicz nie tylko wyciąga z szafy partytury i wspiera informacjami o Kompozytorze, ale każdy koncert promuje swoją na nim – obecnością.
Niżej podpisana zaś przyjęła na siebie zadanie – opisywaniem zachęcać Państwa do uczestnictwa w wydarzeniach festiwalowych. Na ocenę tego, czy jej się to udało przyjdzie jeszcze poczekać, ale jako „belferka” ma przecież wyrobioną cierpliwość…. 
Iwona A. Siedlaczek

Iwona A. Siedlaczek – najwięcej czasu spędza w Szkole Muzycznej I i II st. im. Tadeusza Szeligowskiego w Lublinie, gdzie prowadzi jedną z klas skrzypiec, resztkę wykorzystuje na studiowanie prac z dziedziny  muzykologii, teorii muzyki i filozofii, co czasami owocuje jakimś własnym artykułem. Od czasu do czasu przyjmuje na siebie rolę kronikarki lubelskich (a niekiedy innych miast) wydarzeń muzycznych, której nie należy mylić z krytyką muzyczną, bo wszyscy krytycy już dawno wymarli, a o muzyce współczesnej to już w ogóle nie wiadomo, co i jak pisać. Współpracuje z Niecodziennikiem Bibliotecznym. Nagrodzona statuetkę Angelusa w kategorii animacji życia kulturalnego za rok 2018.

Powiązane:

Iwona Siedlaczek