W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z serwisu lublin.eu oznacza, że będą one zamieszczane w Twoim urządzeniu. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień Twojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w Polityce prywatności.Zamknij

Drukuj stronę do PDF Finał IV Festiwalu Andrzeja Nikodemowicza: Czas i dźwięk

06.10.201508:30

Koncertu zamykającego IV Festiwal Andrzeja Nikodemowicza Czas i Dźwięk publiczność wysłuchała w Archikatedrze. Gdy światła przygaszono, wnętrze świątyni wyglądało niezwykle pięknie, misteryjnie. Jednak akustyka nie pozwoliła na wysmakowaną estetycznie kontemplację muzyki. 
W przypadku obiektów sakralnych praktycznie zawsze mamy do czynienia z dłuższym czasem pogłosu. Ponoć najdłuższy, 12-13 sekundowy występuje w bolońskiej bazylice Św. Petroniusza. Aż tak źle w przypadku Archikatedry nie jest, ale w większości utworów dźwięk odbierało się jako „skotłowany”, czasami nazbyt głośny, co powodowało pewien dyskomfort słuchania. 
Ofiarą akustyki padły zwłaszcza arie Izraelitki „Let the bright Seraphim” z oratorium „Samson” i Achsah – „Oh, had I Jubal's lyre” z oratorium „Joshua”  Georga Friedricha Haendla (1685-1759) , gdzie organy przykryły te śliczne rozbiegane figurki, nie darmo nazywane z włoska od kwiatów – fioriturami, tak charakterystyczne dla piszącego niegdyś ku radości publiczności Covent Garden kompozytora. Magdalena Witczak – solistka obdarzona wszelkimi walorami, aby je pokazać, musiałaby krzyczeć. W „Let the bright Seraphim” miała szansę wybronić się jako zwyczajnie głośniejsza, towarzysząca solistce trąbka Pawła Hulisza. Jedynie w tych kadencyjnych momentach, kiedy głos intonuje zgrabne progresje, a powtarza je za nim trąbka (bez organów) sopran artystki unosił się w przestrzeni archikatedralnej nad słuchaczami rzeczywiście anielsko. Najlepiej zaś piękny i czysty głos artystki dało się  słyszeć w „Magnificat  D-dur” BWV  243 Jana Sebastiana Bacha (1685-1750), we fragmencie „Pie Jesu” z Requiem op. 48 Gabriela Fauré (1845-1924) i w pieśniach Andrzeja Nikodemowicza. „Pie Jesu”, ta wokalna prośba do Boga, którą z wielką prostotą zaaranżował francuski kompozytor muzyki religijnej,  została przez artystkę  z takąż piękną prostotą zaprezentowana. Jej sopran nadał też swoistego blasku pieśniom Nikodemowicza. W Bachu zaś był esencją modlitwy według określenia „bis orat, qui cantat” Św. Augustyna. 
Trębacz Paweł Hulisz, ile razy słucha się go w Lublinie, zachwyca nadzwyczajnie barwą, kulturą dźwięku i radością grania, która udziela się melomanom. Tak było i tym razem. Zagrał świetnie jako solista i jako towarzyszący sopranowi głos. Rozpoczął zresztą swoim wykonaniem „Koncertu D-dur na trąbkę” z towarzyszeniem organów, nieznanego w Polsce barokowego kompozytora Johanna Friedricha Fascha (1688-1758) cały koncert, co było bardzo udanym pomysłem, bo zabrzmiało jak radosna fanfara na wejście. Zwarte, pełne wigoru Allegro, króciutkie Largo i znów radosne Allegro – typowe dla barokowych koncertów, zostały bardzo ciepło przyjęte. Gdyby zakończenie koncertu dokonało się na ostatnim akordzie durowym (jak u Bacha) „Wariacji organowych na temat pieśni wielkanocnej „Chrystus zmartwychwstał jest” Andrzeja Nikodemowicza (1996), stworzyłoby naturalne zwieńczenie dla niego i dla całego Festiwalu, ale artyści zadecydowali, że na koniec wykonają 4 pieśni.
 4 Pieśni Nikodemowicza do słów George`a Herberta (1593-1633) potwierdziły, że kompozytor niezwykle pieczołowicie wybiera teksty do których komponuje. Słuchaliśmy w czasie trzeciego koncertu dwóch rubajatów do słów Omara Chajjama. Poezja Herberta to inne, głęboko religijne, metafizyczne wzloty umysłu i wyobraźni twórczej. Kompozycje, zwłaszcza pierwsza z nich (zdaje się - najpiękniejsza) miały w sobie coś z ducha Karola Szymanowskiego. Zresztą kantata „Słysz, Boże, wołanie moje”, wykonana na koncercie rozpoczynającym Festiwal także ujawniła szlachetne zakorzenienie Andrzeja Nikodemowicza w Szymanowskim i wejście w pozytywny rezonans z typem wokalności, który jego twórczość silnie reprezentowała. To wokalność niezwykle emocjonalna, gorąca. Nikodemowicz to inny człowiek i w większości swoich kompozycji nie tak emocjonalnie wylewny. Ale w   kompozycjach o charakterze religijnym, inspirowanych takimiż tekstami, czyli głównie wokalnych, pojawia się właśnie taka gorąca emocjonalność, która silnie oddziałuje na słuchaczy, bo odbierana jest jako niezwykle prawdziwa. A odzwierciedla nade wszystko religijną żarliwość autora.Soliści wykonujący te cztery miniatury : Magdalena Witczak – sopran, Paweł Hulisz – trąbka i Roman Perucki – organy, zostawiwszy je na koniec mieli swoją artystyczną rację. Zakończenia pieśni stanowią swoiste zawieszenia w przestrzeni ostatnich dźwięków (w trzeciej pieśni zakończenie na wznoszącym crescendo trąbki), które zdają się wybiegać w przyszłość, prosząc o kontynuację. Z pewnością nie brzmią tak „definitywnie” (choć „pozytywnie”) jak zakończenia typu Bachowskiego, jakim Andrzej Nikodemowicz podsumował „Wariacje organowe”. Budują zatem pole do przyszłych spotkań z tą muzyką, z tym czego jeszcze o niej nie wiemy. Takie zatem zakończenie, otwarte na dalsze muzyczne ucieleśnienia, zdaje się najbardziej pasować do dalszych planów Pani Dyrektor Teresy Księskiej-Falger.
Temat „Wariacji organowych” – XII – w. melodia „Chrystus zmartwychwstał jest” (tekst późniejszy, z XVI-XVII w.) to pieśń, którą doskonale kojarzą wszyscy polscy katolicy, a która dla wierzących jest muzycznie niezwykle przejmująca. Dlaczego? Mówiąc o najważniejszym z wydarzeń jakim było Zmartwychwstanie Chrystusa, melodia ma charakter minorowy i zapisywana jest w tonacji c-moll. Owa c-moll – ma nadzwyczaj przyjemny, przy tym jednak smutny ton według Johanna Matthesona, jej brzmienie jest według wielu - przejmujące. No właśnie. Optymistyczna wiadomość:
Chrystus zmartwychwstał jest,
nam na przykład dan jest
iż mamy zmartwych powstać,
z Panem Bogiem królować, Alleluja

zostaje oprawiona w smutną, przejmującą melodię, która nie wyraża ani radości z tego faktu ani zaufania, że jest to możliwe, a raczej portretuje zwyczajną ludzką niepewność i wątpliwości.  Andrzej Nikodemowicz wieńcząc swoje wariacje długim akordem durowym, tak jak przed nim Wielki Jan Sebastian odpowiedział sobie (i nam) na to pytanie, bez wątpliwości. „Wariacje” to niezwykle interesujący pokaz możliwości organów wykorzystywanych przez muzykę współczesną. U Nikodemowicza miały one jednak wiele wspólnego z tradycją Frescobaldiego, Bacha, Sweelincka. Kompozytor zastosował oczywiście elementy nowoczesnej narracji naszych czasów, ale zarówno przejmujące, archaiczne w brzmieniu piękno samego tematu (w sensie muzycznym jak religijnym), dramaturgicznie świetnie zresztą wyeksponowanego przygrywką, jak i sposób registratury Romana Peruckiego sprawiły, że całość odbierało się jako muzykę dostojną i szlachetną. 
Roman Perucki, najbardziej znany organista polski ma terminarz tak napięty, że chyba cudem dojechał do Lublina. Ze wszystkich solistów tego wieczoru to on napracował się najbardziej, będąc cały czas na estradzie (czyli chórze Archikatedry) i przy stole organowym - jak na posterunku. Towarzyszył dwójce świetnych solistów, a sam prócz Nikodemowicza zagrał jeszcze dwa „Preludia i Fugi”, jeden zestaw w charakterze marsza, drugi – menueta. Autor tych kompozycji to mieszkający obecnie w Belgii organista i kompozytor Zbigniew Kruczek. Kompozycje ujęte w barokowe,kanoniczne formy Bachowskie są nadal, jak się okazuje, atrakcyjne kompozytorsko. Te dość rygorystycznie (zwłaszcza sztuka fugi) określone sposoby komponowania twórca rozsadził jednak pastiszowym ujęciem marszowym i menuetowym. Tak przynajmniej odebrała je niżej podpisana. Świetny pomysł i realizacja kompozytorska, a zwłaszcza kreacja Romana Peruckiego pokazały właśnie te cechy, które  powodują, że utwór staje się pastiszem, a więc umiejętne naśladowanie istotnych cech marsza i menueta, zagęszczenie i uwydatnienie tych cech, wreszcie pewną ich groteskowość (w marszowym Preludium można się było dosłuchać analogii do świetnego „Vjezda gladiátorů” Juliusa Fučíka). „Preludia i Fugi” Kruczka stanowiły więc przerywniki między kompozycjami tradycyjnie dostojnymi i dostojnymi nowocześnie. 
 Finał IV Festiwalu przebiegł kameralnie, także i ze względu na dzień i porę, ale spotkali się w Archikatedrze wszyscy prawdziwie zainteresowani muzyką Andrzeja Nikodemowicza, a także jego bliscy i przyjaciele. Zresztą, ci, którzy wysłuchali całości koncertów IV Festiwalu mogą być w poczet przyjaciół Honorowego Obywatela Miasta Lublin zaliczeni. Na króciutkie podsumowanie IV Festiwalu pozwolę sobie zostawić miejsce w małej „posce”, pochodnej dużego i poważnego Post Scriptum, dziękując Państwu za wspólne spotkania muzyczne.

Iwona A. Siedlaczek 

Wydarzenia polecane