W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z serwisu lublin.eu oznacza, że będą one zamieszczane w Twoim urządzeniu. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień Twojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w Polityce prywatności.Zamknij

Drukuj stronę do PDF III Międzynarodowy Festiwal Andrzej Nikodemowicz czas i dźwięk rozpoczęty!

13.10.201412:53

21 września 2014r., o godzinie 20.15 w Bazylice o.o. Dominikanów na coraz lepiej wyglądającej, zwłaszcza w świetle lamp ulicznych, lubelskiej Starówce rozpoczął się pierwszy festiwalowy koncert. Mimo pory, frenkwencja była znaczna. Ale też było czego słuchać i przyszli prawdziwi koneserzy prawdziwie dobrej sztuki muzycznej. Kwartet to przecież esencja muzyki, brzmi jak mała orkiestra, a tworzy ją zaledwie czterech muzyków. Grę w kwartecie trzeba po prostu kochać. Trzeba mieć ogromny potencjał indywidualny, który ofiarowuje się jako swoisty „wkład” w całość zespołu. Trzeba wreszcie być niezwykle muzykalnym, żeby kwartet zabrzmiał jak jeden organizm. Kwartet „Akademos” tworzą cztery wspaniałe instrumentalistki, brzmiące tak właśnie, wspólnie odczuwające, oddychające. Repertuar, który zagrały pokazał całe spektrum ich możliwości, które od 1997 r. prezentują na całym świecie, grając setki koncertów. I Kwartet smyczkowy Karola Szymanowskiego mógł przekonać wszystkich obecnych, że muzyka tego najwybitniejszego po Fryderyku Chopinie twórcy nie tylko się nie zestarzała, czy zdezaktualizowała, lecz odwrotnie, dopiero dzisiaj jest naprawdę zrozumiała i więcej ceniona niż za życia kompozytora. Jej trwałe walory dobrze było słychać zwłaszcza wtedy, kiedy kwartet zagrał na bis po raz wtóry fragment cz. III jego kwartetu. Kontekst kwartetów Beethovena i Góreckiego stworzył dla wybrzmienia Szymanowskiego taką możliwość, dzięki której jasno było słychać, że Szymanowski to niezwykle aktywna postać naszej kultury, która żyje z nami nadal i wyzwala wielkie emocje w duszach wykonawców i słuchaczy. Kwartet F-dur op. 51 nr 1 Ludwiga van Beethovena , jeden z trzech dedykowanych księciu Andriejowi Razumowskiemu, wojskowemu, ambasadorowi rosyjskiemu, który był potomkiem ostatniego hetmana kozackiego lewobrzeżnej Ukrainy, feldmarszałka rosyjskiego, wolnomularza, kochanka carycy Katarzyny Wielkiej, która to wyniosła go do tych funkcji. Kozacy są bardzo muzykalni, a Andriej był nie tylko muzykalny i amatorsko grał na skrzypcach, lecz jeszcze kochał muzykę Beethovena, co przysparza mu tym większej chwały. Kwartet nr 1 jest rozbudowany, czteroczęściowy, bogaty w niezliczone wątki tematyczne. Panie zagrały go tak, że publiczność nie chciała ich puścić z estrady. Niezwykle pięknie (cały czas zresztą) brzmiały I skrzypce Anny Szabelki w wysokich rejestrach, znakomicie czytelne były tak ważne u Beethovena nagłe kontrasty dynamiczne i artykulacyjne. Wielka, wielka kultura dźwięku i wielkie wzajemne wyczucie artystek. W Adagio (cz.III) wykonawczynie pokazały dobitnie, jak ogromną, współtwórczą rolę mają wykonawcy dzieł mistrzowskich, aby to mistrzostwo uczynić słyszalnym dla publiczności. Brzmienie cudowne, pasja ukryta w dźwięku, słowem - Adagio było niezwykle piękne. Na koniec artystki wykonały kwartet „Już się zmierzcha” op. 62 Henryka Mikołaja Góreckiego. To zupełnie różna od Szymanowskiego i na antypodach Beethovena stojąca kompozycja. Ale jakżeż przejmująca. Dwa kontrastowe segmenty – ten, którym kompozytor wprowadza w kompozycję i z niej wychodzi, czyli z tematem pieśni renesansowego kompozytora Wacława z Szamotuł związanym, od której i tytuł kwartetu pochodzi. I drugi, nutę góralską przypominający aktywnym, momentami, ze względu na zabieg wzmożonej repetytywności natrętnie hałaśliwym brzmieniem pustych strun. Kwartet ten, piekielnie niewygodny do zagrania właśnie z powodu owych naprzemiennych kontrastów dynamicznych i fakturalnych, ale także konieczności ciągnięcia pewnych nut i interwałów niemal w nieskończoność, dał słuchaczom powód do wielu emocjonalnych wzruszeń. Oklaski po wybrzmieniu ostatniej nuty nie milkły i wtedy wykonawczynie zdecydowały się zagrać jeszcze raz wspomnianego Szymanowskiego. O tym, w jak dużym napięciu uwagi artystki trzymały publiczność przez cały długi czas koncertu niech świadczy fakt, że zaledwie kilka osób, pewnie z powodu późnej pory, opuściło Bazylikę. Reszta została do końca i oklaskami na stojąco żegnała wspaniałe artystki. Należy odnotować, że koncert zaszczycił swą obecnością Pan Profesor Nikodemowicz, oklaskiwany podczas przywitania niezwykle żarliwie, gorąco i z wielką sympatią zebranych. Na następnym, wtorkowym koncercie Profesor będzie obecny także pod inną postacią – obecności w swoich dziełach, które wykonają skrzypaczka Katarzyna Duda i pianistka Agnieszka Szulc – Brzyska. Iwona A. Siedlaczek (noc po koncercie) II koncert III MIĘDZYNARODOWEGO FESTIWALU ANDRZEJ NIKODEMOWICZ czas i dźwięk 23 września, godz. 19.00 TR6ybunał Koronny Przyciągnął miłośników wiolinistyki głośnym nazwiskiem Katarzyny Dudy. Skrzypaczce towarzyszyła przy fortepianie ceniona pianistka lubelska Agnieszka Schulz – Brzyska. Interesująca była zwłaszcza możliwość wysłuchania dwóch dzieł Andrzeja Nikodemowicza, którymi artystki rozpoczęły recital. W brzmieniach Sonaty na skrzypce i fortepian (1948-49) oraz Poème II z cyklu Trois Poèmes na skrzypce i fortepian (1955-56), młodzieńczych utworów kompozytora , wyczuwało się powinowactwa duchowe i inspirację działami Cesara Francka czy Karola Szymanowskiego. Z pewnością sposób wykonania przez artystki także wydatnie implikował te muzyczne konotacje. Utwory miały niezwykły ładunek emocjonalny i nasycenie barwowe, tak charakterystyczne dla muzyki końca XIX i początku XX w. Słuchało się ich z wielkim zainteresowaniem i miejmy nadzieję, że zostaną wydane i nagrane. W cz. I koncertu artystki wykonały jeszcze 4 Preludia Dymitra Szostakowicza w udatnym opracowaniu na skrzypce i fortepian Dymitra Cyganowa, które dobrze korespondowały z utworami Nikodemowicza. Uwypuklenie przez artystki tak charakterystycznych dla Szostakowicza groteskowych aspektów tej muzyki można było skojarzyć z faktami historii XX w., w którą wplątani zostali zarówno Szostakowicz, jak Nikodemowicz. I w jednym i w drugim przypadku twórczość była dla nich azylem, choć jednocześnie działaniem niebezpiecznym, podlegającym kontroli władz komunistycznych, za którą ich karano, albo nagradzano. Profesora Nikodemowicza za Sonatę nagrodzono w 1955 r., ale potem było coraz gorzej i w końcu ze Lwowa wyjechał. Dobrze, że akurat do Lublina, gdzie jest z nami do dziś i możemy wspólnie z Nim celebrować święto Jego muzyki i muzyki XX w. W cz. II artystki wykonały hity muzyki skrzypcowej, które zachwyciły publiczność. Muzyka Henryka Wieniawskiego (Legenda op. 17 i Kujawiak), Karola Szymanowskiego (Taniec góralski z baletu Harnasie) i Pablo de Sarasate (słynna Fantazja na tematy z opery Carmen G. Bizeta op. 25) była jednak ostatnio tak pozytywnie eksploatowana na IX Konkursie Młodych Skrzypków im. Stanisława Serwaczyńskiego, że większy muzyczny pożytek byłby z zaprezentowania nam w Lublinie muzyki mniej znanej, której wiele jeszcze pozostało do pokazania, a artystki tej miary mogły przetrzeć dla niej szlaki. Widać jednak, że zachwyt i radość publiczności z powodu usłyszenia po raz kolejny tego, co dobrze zna i lubi jest ważniejszy, może dziś nawet już ważniejszy niż sama … muzyka. (notowała na gorąco po koncercie Iwona A. Siedlaczek ) III dzień III MIĘDZYNARODOWEGO FESTIWALU ANDRZEJ NIKODEMOWICZ czas i dźwięk 26 września 2014 W godzinach rannych (od. 11.00) odbył się, wpisany w kalendarz imprez festiwalowych PANEL DYSKUSYJNY: MUZYKA NASZYCH CZASÓW – Nikodemowicz, Dubaj, Dębski. Uściślenie formalne: na spotkaniu było kilku referentów: mgr Aneta Walczewska, dr Adam Dudek, red. Adam Rozlach, red. Marek Zdunek i moderatorka – prof. Księska – Falger Określenie spotkania jako „panel dyskusyjny” cokolwiek na wyrost, bo przez ponad dwie godziny były to wyłącznie monologi, niektóre krótkie, inne przydługie. A ponieważ niżej podpisana musiała wyjść, kiedy zaczęły się zachęty do młodzieży kierowane, aby zabrała głos w dyskusji, nie wie, czy panel się udał. Zresztą w Sali koncertowej Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej im. Karola Lipińskiego znalazł się tłum młodzieży, co chwalebne, ale jednocześnie mocno deprymujące i niezbyt zachęcające do zadawania publicznych pytań. Ale może było całkiem inaczej… Więc jedynie o monologach. Najkrótsze były te dotyczące prof. Andrzeja Nikodemowicza i on sam niewiele powiedział. Może tyle już mówił w zapowiadanym kilkakrotnie wywiadzie – rzece prof. Teresie Księskiej-Falger i red. Markowi Zdunkowi, że nie chciał się powtarzać. Ponadto to człowiek niezwykle wprost skromny, co niezupełnie pasuje do naszych czasów, gdzie trzeba umieć się „dobrze sprzedać”. Dobrze umie się sprzedać tylko jeden z trójki prezentowanych kompozytorów – Krzesimir Dębski. Szczerze wyznał to dr Adamowi Dudkowi, który zajął się nieznaną dotąd twórczością religijną kompozytora. Względy merkantylne decydują o tym, że pisze taką muzykę, która dobrze się sprzedaje (muzyka do ponad 100 filmów !). Tu dr Dudek, chcąc zaprezentować tę najbardziej znaną część twórczości Dębskiego, niestety wypuścił z komputera fragmenty muzycznych wizytówek seriali polskich. .. Po takim wstępie dowiedzieliśmy się jednakże, że Krzesimir Dębski z powodzeniem uprawia twórczość religijną. Ma ona być według słów samego kompozytora antidotum na mizerię muzyczną Kościoła współczesnego, co niestety jest zgodne z prawdą. Twórczość religijna Dębskiego jest prawie nieznana. Dr Dudek zdążył opowiedzieć o trzech takich utworach : - Misterium (1999-2000) - na sopran, 2 recytatorów, chór mieszany i orkiestrę (bez smyczków) - Oratorium Pie Jesu Domine (1988) - na sopran, tenor, chór i orkiestrę symfoniczną - Psalmodia Paratum cor meum Deus (1989) - na chór mieszany a cappella, którą dr Dudek określił jako inspirowaną jazzem. Zobaczyć wyimki z partytur, które prezentował na ekranie było nie sposób, gdyż sala nie nadaje się do takich prezentacji, chyba że – nocą. Na koniec, bo został poproszony przez moderatorkę, aby kończył swą wypowiedź, choć mówić zapewne mógłby jeszcze bardzo długo, dał posłuchać fragmentu nieprofesjonalnego nagrania z niedawnego koncertu muzyki Dębskiego u lubelskich Dominikanów, a był to ułamek Missa brevis (1998) - na chór chłopięcy, obój, klarnet, fagot i organy. Pewnie dlatego, że mu przerwano, dr Dudek nie wspomniał, że kompozytor za swoją twórczość, w szczególności religijną właśnie został w 2010 r. uhonorowany Orderem Ecce Homo – polskim odznaczeniem kościelnym nadanym przez Kapitułę Orderu Ecce Homo za „opisywanie życia muzyką, muzyczny retusz na obrazie kraju i świata, piękne kształtowanie codziennej rzeczywistości przez dobroć, ład i harmonię”. Pięknie. Po tymże przybliżeniu twórczości Krzesimira Dębskiego ma się pewność, że wbrew temu, co sugerował dr Dudek, iż kompozytorzy Nikodemowicz i Dębski są sobie bardzo bliscy, ponieważ jeden pochodzi z kresów (Andrzej Nikodemowicz – lwowiak), a drugi mówi o sobie, że „jest człowiekiem kresów”, ich twórczość to – antypody muzyczne i emocjonalne. Koncert wieczorny tego dnia –zresztą to potwierdził . Muzyka Nikodemowicza, nawet ta niereligijna krąży wokół pewnego duchowego sacrum, idei nie odnoszącej się tylko do tu i teraz, ale właściwie - metafizycznej. Jako kompozytor Nikodemowicz jest racjonalny warsztatowo, co można było zobaczyć także na wystawie jego partytur przy okazji poprzedniego festiwalu. Natomiast to, co indywidualizuje jego kompozycje, to przekaz idei, która nie daje się łatwo uchwycić słowami, ale bo też jest przekazywana – dźwiękami. Ale istnieje, tym bardziej czytelna, im lepszy wykonawca spotka się * z muzyką kompozytora i wykonaniem potrafi oddać piękno i sens tej muzyki. Kompozycje Dębskiego są może „melodyjniejsze”, co podkreślał dr Dudek, lecz nie niosą dość silnie takiego przesłania, którego obecność sugerują choćby tytułami i tekstem. Ale sami kompozytorzy obecni (za wyjątkiem Krzesimira Dębskiego, który przyjechać nie mógł) na porannym spotkaniu podkreślali indywidualny odbiór i sposób przeżywania świata, więc nic dziwnego, że i różne światy dźwiękami opisują i wyrażają. To zresztą jeden z najwspanialszych fenomenów , owa różnorodność w kulturze. Ponieważ dr Dudek monologował na końcu pierwszej części spotkania, należy wrócić do jego początku i środkowej, najbardziej rozbudowanej części. Znalazły się w niej bowiem : wprowadzenie w muzykę XX i początku XXI w. oraz opis Lwowa w XIX i początkach XX w. Temat pierwszy miał w założeniu nakreślić kontekst dla muzyki trójki prezentowanych kompozytorów, a temat Lwowa – kontekst dla życia i działalności prof. Nikodemowicza jako lwowiaka. O muzyce XX i XXI w. ciepłym głosem radiowca powiedział zwięźle red. Adam Rozlach, a Lwowem zajął się red. Andrzej Zdunek. Ten ostatni postanowił wprowadzić słuchaczy w atmosferę miasta Lwowa - jako centrum naukowego i muzycznego. I takim fascynującym miastem Lwów był rzeczywiście, kiedy ur. się tam w 1925 r. prof. Andrzej Nikodemowicz. Po tym wcale nie krótkim wprowadzeniu ogólnym, swoje wystąpienie miała mgr Aneta Walczewska. Napisała świetną pracę o kompozytorze lubelskim i prof. UMCS - Mariuszu Dubaju. Dało się to stwierdzić już po tym, jak ułożyła całość wystąpienia, które obecnym dobitnie i świetną dykcją odczytała. Tylko, że trwało to nazbyt długo, zawierało zbyt wiele szczegółów z życia, a partytur kompozycji i tak nie mogliśmy zobaczyć z przyczyn jak wyżej. Zaprezentowała za to fragmenty utworów Mariusza Dubaja : - A tre per oboe, fagotto e pianoforte (1983-84) - jedną z dekompozycji arcydzieł przeszłości – Fryderyk Chopin Mazurek b-moll op. 24 nr 4 „ Jego dekompozycje, o rysie postmodernistycznym, powstają na zasadzie improwizacyjnego przeobrażania tworzywa znanych arcydzieł muzycznych” – pisze dr Ewa Zarzycka, prywatnie żona kompozytora. Należy dodać, że jest to inspirowany ogólnym postmodernistycznym podejściem do materii kultury przeszłości sposób na jednoczesne oddanie hołdu cenionym arcydziełom. Tak rozumiem wzięcie na warsztat tego Mazurka. Zresztą prof. Dubaj sięgnął po taki utwór Chopina, który kilkoma nutami wstępu i harmonią całości implikuje potencjalne możliwości rozwijania go. Współczesnym Chopinowi słuchaczom wydawał się trochę dziwny… muzykologowie określili go arcydziełem, pianiści uwielbiają grać. Nazwano go „uosobieniem romantyczności” i „poematem liryczno–choreicznym” (Mieczysław Tomaszewski w audycji "Fryderyka Chopina Dzieła Wszystkie" Polskie Radio II), ale ja chcę zwrócić uwagę na fakt, że stanowi on jedno z wielu takich miejsc w twórczości Chopina, w którym idzie ona znacznie dalej, niż jego współczesność była w stanie przyjąć i zrozumieć. Kompozytor doby obecnej jest zatem znacznie bliższy tej zawartości arcydzieł Chopina. A jeszcze ktoś tak z twórczością geniusza związany, jak prof. Dubaj, potrafi dla nas wyłuskać te właśnie zupełnie współczesne struktury i zrobić z nich swoją dekompozycję. Niżej ten zasadniczy dla dekompozycji Mariusza Dubaja początek Mazurka b-moll . - I nadejdzie światłość, koncert na fortepian i orkiestrę (1989-90), z mrocznym, funeralnym początkiem i mocno pianistycznie osadzoną fakturą. Fragmenty te powiedziały wiele o indywidualności prof. Dubaja i specyficznym podejściu do muzycznego tworzywa, które ma bardzo pianistyczne konotacje, związane z osobą wciąż i zawsze uwielbianego Fryderyka Chopina jak też wykształceniem pianistycznym kompozytora. Najpiękniej o kompozytorze zaświadczyły jego własne słowa, w których określił się – melomanem. Bardzo wnikliwie siebie obserwującym, skoro umiał odpowiedzieć na pytanie, jak przemawia do niego słuchana muzyka i że najbardziej przemawia ta, którą słucha tysiące razy, a za tysiąc i pierwszym jeszcze ma mu ona coś do przekazania. Skoro słucha tysiące razy, to lubi docierać do sedna, najgłębszego sensu utworów. Najlepiej z tym korespondowała uwaga mgr Walczewskiej, że kompozytor jest perfekcjonistą i wciąż wraca do wcześniejszych utworów, aby je szlifować. Gdy słucha się muzyki tak doskonale skonstruowanej jak Chopina, a prof. Dubaj robi to często, jak mówił, to wręcz koniecznością staje się szlifowanie własnej. Na szczęście nie miało to wpływu na ilość kompozycji prof. Dubaja, bo jest ich całkiem sporo. Najbardziej jednak ciekawe fragmenty pracy mgr Walczewskiej, czyli właśnie analiza dzieł kompozytora, konsultowana z samym twórcą, co z pewnością dało znakomite efekty, bo prof. Dubaj jest wyśmienitym teoretykiem muzyki i sam stworzył „własny projekt szkicu analitycznego (1997), będący syntetycznym ujęciem elementów składowych dzieła” (dr Ewa Zarzycka), pozostaną dla uczestników spotkania tajemnicą, bo nie zostały, niestety, przywołane. A szkoda… Z długości relacji ze spotkania wynika niezbicie, że było ono bardzo długie, ale mimo tej rozciągłości w czasie, bardzo interesujące. Warto robić takie spotkania, ale przydałoby się ustalić ramy czasowe wypowiedzi, aby nie wymykały się one spod kontroli. Skróty, co kompozytorzy doskonale wiedzą, często znakomicie robią nie tylko dziełom, ale i wypowiedziom… *Przez „spotkanie” rozumiem takie zdarzenie, w którym dzieło zostaje zrozumiane, przemyślane i zinterpretowane przez wykonawcę w oparciu o jego najwyższe możliwości mentalne, fizyczne i duchowe, dzięki którym ukazują się słuchaczom najlepsze, a czasem nawet niespodziewane, wyjątkowe aspekty dzieła. Patrz też: Andrzej Nowicki, Spotkania w rzeczach, PWN, Warszawa 1991. III koncert III MIĘDZYNARODOWEGO FESTIWALU ANDRZEJ NIKODEMOWICZ czas i dźwięk. Odbył się o godz. 19.00 w Auli Collegium Maius Uniwersytetu Medycznego. To najważniejszy koncert Festiwalu, jego swoisty - punkt kulminacyjny. Z kilku powodów. Po pierwsze wykonano dwa utwory Andrzeja Nikodemowicza. Po drugie: bardzo interesujące, wspaniale skomponowane, brzmiące niezwykle Po trzecie były to utwory z orkiestrą. Po czwarte przyjechali je wykonać z potrzeby serca, przyjaźni i admiracji dla dzieła i osoby twórcy – artyści z Niemiec i Ukrainy. Tak więc w asyście muzyków Filharmonii Świętokrzyskiej im. Oskara Kolberga z Kielc i jej szefa i dyrygenta Jacka Rogali, która już po raz wtóry uczestniczyła w Festiwalu, wykonane zostały dwa utwory : po raz pierwszy Koncert wiolonczelowy nr 2 z 2005 r. i V koncert fortepianowy z 2004 r., którego premierę zagrał ten sam co i w Lublinie pianista pochodzenia węgierskiego, urodzony na Ukrainie i zamieszkały we Lwowie - Jozsef Örmény - na I Festiwalu Prawykonań w Katowicach w 2005 r. z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia pod dyrekcją Jana Krenza. Na Festiwal od początku jego istnienia przyjeżdża wiolonczelistka, która podejmuje się wykonań utworów Andrzeja Nikodemowicza z całym muzycznym sercem. I tak też odebrała publiczność jej prawykonanie Koncertu wiolonczelowego nr 2. Fenomen tej niezwykłej osobowości artystycznej polega na tym, że chce się jej słuchać we wszystkim, co wykonuje. Koncert Nikodemowicza zagrała z pamięci (wszystko gra zawsze z pamięci!), choć struktura tego dzieła przy pierwszym wysłuchaniu wydawała się mocno karkołomna. Wespół z Jackiem Rogalą i orkiestrą stworzyli bardzo czytelną narrację utworu. Już od pierwszej wokalizy wiolonczeli, koncert rozpoczynającej, Kerstin Feltz wciągnęła słuchaczy w swój świat odczuwania i muzycznej wypowiedzi. I tak do końca. Przez to koncert, który był słuchaczom dotąd nieznany, stał się od razu bliski emocjonalnie. W Kol Nidrei op. 47 Maxa Brucha, który to utwór postanowiła zagrać po kompozycji Andrzeja Nikodemowicza – przeniosła nas w jeszcze inny świat emocjonalny, ale przede wszystkim interpretacyjny. Zagrała przepięknym dźwiękiem wiolonczeli, który uosabiał śpiew modlitewny - swoistą inkantację z nadzieją na przebaczenie. Dzięki jej muzycznemu wstawiennictwu obecni z pewnością dostaną choć częściowe rozgrzeszenie. Jozsef Örmény – przyjaźni się z prof. Nikodemowiczem od czasów lwowskich i ma w swoim repertuarze jego V Koncert fortepianowy, jak zresztą wiele utworów muzyki XX w., którą szczególnie często prezentuje publiczności, także lubelskiej. Jego wykonanie, niezwykle precyzyjne, bez dodatkowego sztafażu, bardzo się podobało. Osiągnął w nim niezwykłą klarowność formalną, co jest tak istotne w muzyce współczesnej, która posługuje się innymi środkami niż dawniej i są to środki często dla wykonawców, ale zwłaszcza dla słuchaczy, znacznie trudniejsze. Koncert podzielony jest na trzy kontrastowe odcinki, z trzecim zaledwie ponad minutę trwającym. Aura jego, mroczna barwowo w I odcinku, uzyskana także i efektem unisonowego prowadzenia fortepianu i smyczków w górnych rejestrach, aż do wysokich kulminacji wybrzmiewających w przestrzeni. II odcinek - pełen melancholii i zadumy natury wręcz metafizycznej wieńczy attaca grany króciutki odcinek III – witalistyczny aż do barbaryzmu, pełen dzikiej energii w przebiegach fortepianu, podkreślanej krótkimi, ostrymi wtrętami smyczków. Koniec zaskakujący zupełnie i przez to niezwykle interesującym pozostawiający dzieło w pamięci słuchaczy. Zaraz potem artyści Kerstin Feltz i Jozsef Örmény podeszli do Szanownego Autora dzieł, które dopiero co wykonali, aby podziękować i uściskać serdecznie, z wielką atencją. Publiczność dołączyła się gromkimi brawami na stojąco, zasłużonymi wielce i z sympatii wypływającymi. Wszyscy mocno odczuli podniosłość tej chwili. To o takich chwilach mówił Johann Wolfgang von Goethe w Fauście, że pragnie się, aby trwały… bo dzięki nim życie staje się znośniejsze, a na pewno – piękne. W cz. II koncertu symfonicznego musiała pokazać się i sama orkiestra. Wypadła w tym roku trochę mniej atrakcyjnie niż w ubiegłym, kiedy zagrała Edwarda Griega – 4 Tańce symfoniczne, ale bo też dzieło, które wykonała było o wiele trudniejsze i warsztatowo, i emocjonalnie. Wredna, choć bohaterska w wymowie tonacja Es-dur, moc pomysłów goniących się wzajemnie i bardzo romantyczna potoczystość, to wszystko mieści w sobie bowiem III Symfonia Es-dur „Reńska” op.97 Roberta Schumanna. Poprowadzona składnie przez Jacka Rogalę, co miało istotne znaczenie, bo utrzymało publiczność do końca w uwadze, w całości obroniła się. Niestrojące momentami drewno składamy na karb zmęczenia i nie nadającej się do grania sali przy ul. Jaczewskiego 4, co niestety na co dzień dotyka też jakże boleśnie naszą rodzimą orkiestrę filharmonijną. IV KONCERT MIĘDZYNARODOWEGO FESTIWALU ANDRZEJ NIKODEMOWICZ czas i dźwięk Koncert niezwykle przyjemny, z muzyką rzadko słyszaną, a bardzo dobrze się wpisującą w ideowe założenie Festiwalu: ukazywania szerszego kontekstu muzycznego twórczości Patrona. Jednocześnie program o dużych, nazwijmy to walorach edukacyjnych, ponieważ w pigułce można było usłyszeć najważniejsze cechy stylu neoklasycznego w muzyce polskiej XX w., to jest : - nawiązania do form wcześniejszych jak divertimento, sonatina, suita - klarowność kompozycji - posługiwanie się w zasadzie tonalnością, z lekkimi harmonicznymi „zabrudzeniami” dysonansowymi - uprawianie muzyki autonomicznej, w której wymowa estetyczna kompozycji nie związana jest z żadnym programem, a muzyka ma reprezentować tylko samą siebie - powściągliwość emocjonalną, w opozycji do romantyzmu i ekspresjonizmu – często wręcz emocjonalny minimalizm. Z tegoż powodu pewne dzieła neoklasyczne odbiera się jako bezosobowe. Oczywiście nie aż w takim stopniu, jak chciał John Cage (1912-1992), który wołał: „nie chcę słyszeć Beethovena, chcę słyszeć – muzykę”. Na szczęście nie jest to możliwe, ale myśl filozoficzna Cage`a znacznie poszerzyła spektrum muzycznej eksploracji kompozytorów XX w. i nadal, a nawet jeszcze bardziej w XXI - inspiruje. Jako bezosobowe, acz bardzo przyjemne do słuchania, co wielokrotnie podkreślał, wdzięcznie koncert prowadzący red. Adam Rozlach, można było odebrać dwie pierwsze kompozycje zagrane przez Lubelskie Trio Stroikowe w składzie niezmiennym od 36 lat: Jan Arnal – obój, Andrzej Mazur – klarnet, Wiesław Kaproń – fagot. Były to : Antoniego Szałowskiego Divertimento (1955) i Tadeusza Paciorkiewicza Trio stroikowe (1963). Utwory świetnie napisane, wyzyskujące naturalne możliwości instrumentów, klarowne i proste w odbiorze. Taką muzykę bardzo często wykorzystuje się w filmach animowanych. Ponieważ wilgotność powietrza tego dnia była straszliwie wysoka, klarnecista miał problem z klapą instrumentu, która sklejała się i nie chciała otwierać na czas, a jak wiadomo muzyka to sztuka czasowo – przestrzenna i nie pojawianie się w określonym momencie czasowym w przestrzeni określonego dźwięku to – katastrofa. Ale doświadczenie wykonawcy pozwoliło na dokończenie koncertu i dlatego publiczność mogła jeszcze ucieszyć uszy bardzo zgrabnymi i zgrabnie też pokazanymi przez panów utworami : Triem (1936) Antoniego Szałowskiego, Sonatiną (1946)Michała Spisaka i na zakończenie wieczoru kompozycją Aleksandra Tansmana Suita Trio D`anches. Wszystkim trzem kompozytorom Paryż wydał się najwłaściwszym miejscem do życia, dlatego tam zamieszkali. Tansman uważany jest za współtwórcę europejskiego naoklasycyzmu, Szałowski i Spisak po studiach u wielkiej francuskiej nauczycielki kompozycji Nadii Boulanger – pozostali w Paryżu jako ówczesnej stolicy tego kierunku. Wszyscy poprzez pisane dzieła przyczynili się do utrwalenia tego zjawiska w kulturze. Obecność wzorcowych (wyszczególnionych wyżej) cech kierunku publiczność odebrała z aplauzem. Motoryczność, zwięzłość i doskonałość warsztatowa tych utworów, które Trio Lubelskie oddało bardzo rzetelnie, zgrabnie i zrozumiale sprawiły, że koncert minął błyskawicznie i bardzo się podobał. A Tria Lubelskiego w rodzimym mieście nie słuchamy często, więc tym bardziej warto było na koncert się udać. V KONCERT MIĘDZYNARODOWEGO FESTIWALU ANDRZEJ NIKODEMOWICZ czas i dźwięk 28 września godz. 16.00 Teatr Stary – Szklana góra, baśń muzyczna, a właściwie pantomima na narratora i zespół instrumentalny (1969) Kwartalnik Cracovia Leopolis Nr 1 z roku 2011 podaje w notce kronikarskiej o prof. Nikodemowiczu, który został wtedy Honorowym Obywatelem Lublina, co następuje : Dziełem, do którego Kompozytor ma szczególnie serdeczny stosunek, jest baśń Szklana Góra (dzieło oparte jest na filozoficznej baśni, napisanej poetycką prozą przez Bronisławę Ostrowską-Grabską), w której połączył muzykę z inscenizacją, pantomimą i narracją. Niestety dotąd nie udało się wykonać go w teatrze, a jedynie na koncercie. Po wysłuchaniu lubelskiego, także koncertowego wykonania baśni można się było tego serdecznego stosunku domyślić, z dwóch powodów. Estetyzm prozy Ostrowskiej połączony z filozoficzną wymową baśni, głęboko nasyconej w warstwie tekstowej treściami aksjologicznymi, co było absolutnie czytelne dla dorosłych widzów – słuchaczy, a do dziecięcej publiczności docierało poprzez talent aktorski narratora oraz warstwę muzyczną Nikodemowicza, musiał silnie zarezonować z wyobraźnią i osobowością twórcy. Warstwa aksjologiczna natomiast to z całą pewnością ważne dla prof. Nikodemowicza, niezwykle bliskie mu wewnętrznie przesłanie. Szklana Góra była dla małych i dużych – prawdziwym przeżyciem. Tylko w bajkach cieszy nas , że ktoś (Głupi - bohater Szklanej Góry) nie chce majątku, bo bardziej go raduje kontakt z przyrodą (z ludźmi trochę mniej, bo go nie rozumieją zupełnie), a najbardziej z ptakami i drzewami, a wcale nie uśmiecha mu się pilnowanie, aby ktoś go nie okradł… W świecie realnym czyli tzw. dziś realu, ktoś taki to naiwniak czyli totalny głupiec. Baśń Ostrowskiej zawiera mnóstwo bardzo czytelnych szczegółów wartościujących, autorka tak pokazuje Głupca, że nie mamy wątpliwości, iż to będzie jej i nasz ulubieniec. Mój wewnętrzny polemista ma tutaj tylko zastrzeżenie, że nie wolno tak łatwo skwitować mądrości, która z ksiąg płynie, bo bez niej sama autorka nie napisałaby tej i takiej baśni (Mądry – starszy brat Głupca) i w ogóle bez tej ciągłości przekazywania mądrości w księgach, nic by się na świecie nowego pojawić nie mogło, bo ex nihilo żaden człowiek nic nie stworzy. Jednakże mądrość pozbawiona empatii, inteligencji emocjonalnej i walorów duchowych nie jest mądrością, a tylko – wiedzą. Pamiętajmy o tym i prawdziwej mądrości nie lekceważmy. Urodę natomiast możemy zupełnie pominąć (Piękny – najstarszy brat Głupca), bo w tym stuleciu aż nadto wiemy, jakie spustoszenie czyni wśród młodych i nie tylko młodych ludzi zainteresowanie nadmierne tą pustą zewnętrznością. Domyślam się ( a prof. Nikodemowicz może mnie sprostować), że waga tych myśli Ostrowskiej była osobiście dla kompozytora bardzo istotna, ponieważ on sam nigdy nie zrezygnował ze swoich ideałów i nigdy nie poddał się naciskom, nawet najgroźniejszym. Nigdy nie szukał poklasku (jak Piękny) i nigdy nie pragnął zagarnąć żadnych skarbów (jak Mądry), nigdy też nie zrezygnował z własnej drogi, która w świecie realnym wcale nie była łatwiejsza od tej baśniowej drogi na Szklaną Górę, a straszniejsza i groźniejsza, bo niestety – prawdziwa. Z takimi myślami, cisnącymi się na ekran świadomości przesiedziałam w skupieniu i natężeniu umysłowym i emocjonalnym cały spektakl. I choć bez inscenizacji, ale z godną tej pięknej i mądrej baśni Ostrowskiej oraz kongenialnej muzyki Andrzeja Nikodemowicza narracją świetnego aktora Artura Barcisia, baśń zrobiła na mnie i zdaje się, wszystkich obecnych, ogromne wrażenie. Teatr Stary, piękny secesyjny budynek (mniej widać tę secesję po remoncie, ale trudno) jest stworzony do takich misteriów. Ale ani treść słowna, ani niezrównany narrator nie zrobiliby takiego wrażenia bez muzyki. A barwy dźwiękowe jakimi wyposażył poszczególne sceny kompozytor wyzwalały w widzach – słuchaczach określone emocje, uwydatniając ich wymowę. Właściwie muzyka do baśni to zestaw etiud sonorystycznych, kolejno zmieniających się i barwnych jak szkiełka w kalejdoskopie. Muzyka programowa w najbardziej naturalnym sensie. Mały skład instrumentalny, który warto tu wymienić, bo znakomicie oddaje intencje programowe autora - każdy instrument to przecież określona barwa i charakterystyczne możliwości artykulacyjne (przypomnijmy sobie Piotrusia i wilka Sergiusza Prokofiewa z 1936 r.). A więc : czworo skrzypiec, flet i flet piccolo (jedna partia), klarnet, fagot, puzon, perkusja i fortepian. Zestaw idealny, aby muzyką dopowiedzieć wszystko co trzeba do tekstu. Przyjechali z dyrygentem Przemysławem Fiugajskim (z Warszawy?) młodzi muzycy, przygotowani, zdeterminowani, zaangażowani. Znakomita robota dyrygenta i muzyków dała świetny rezultat. Wykonanie fantastycznie oddające efekty sonorystyczne kompozycji. Działanie niby w tle, ale jakże skupione, dokładne, czujne i z pasją. Dyrygent, siedzący jak w studiu nagrań na współczesnym zydlu, znakomicie koordynował działania orkiestry i narratora. Dzięki jego precyzji zresztą dało się to wszystko okiełznać, a było co okiełznywać. Pewnie miało znaczenie, że dyrygent na co dzień jest też dramaturgiem (nagradzanym!) i pracuje w Warszawskiej Operze Kameralnej. Pozwoliło mu to na świetne rozegranie akcji dramatycznej utworu. A efektów do wykonania nie brakło. Podstawowe brzmienie oddające szklaność góry i szybki w oknie przez którą historia się nam pokazuje, te dziesiątki flażoletów skrzypcowych, grę w najwyższych pozycjach, tremolando i sul ponticello, moc glissand. To wszystko brzmiało znakomicie. Flecistka co i rusz zmieniała flety, aby być tym wyrazistszą gromadą ptaków, a puzon to śmiał się aroganckim śmiechem Szklanej Góry, to znów razem z fagotem parodiował drogę do niej, którą odbywali Piękny i Mądry. Klarnet kukał, a perkusista na dzwonkach dodawał jeszcze szklanego brzmienia, toż samo i pianistka. Wszyscy jako soliści winni być wymienieni w programie z imienia i nazwiska, ale pewnie gdy szedł on do druku nie było wiadomo, kto będzie w owym Festiwalowym Zespole Kameralnym. Ale że świetna robota została wykonana to fakt. Muzyka prof. Nikodemowicza prócz niezwykłych efektów kolorystycznych drążących temat szklanej góry, do których wyzyskał całą gamę środków ten charakter oddających – w wysokich rejestrach fortepianu i koronkowej fakturze tegoż, wysokich rejestrach skrzypiec i ich flażoletach, wreszcie szklanym brzmieniu dzwonków, miała bardzo ważną rolę w emocjonalnym zaangażowaniu się obecnych w treść bajki. Kompozytor przyjął chyba taką zasadę uzupełniania tekstu kolorem instrumentalnym, ale i uwypuklania niektórych treści emocjonalną aurą swojej muzyki. To się razem z tekstem doskonale komponowało i inspirowało z pewnością narratora – Artura Barcisia do szalenie ekspresyjnej, wyrazistej i pełnej znaczenia opowieści. Dlatego i mali i duzi wyszli z Teatru Starego bardzo usatysfakcjonowali i w znakomitych nastrojach, które zawsze towarzyszą świadomości, że dobrze się spożytkowało czas. VI i ostatni KONCERT MIĘDZYNARODOWEGO FESTIWALU ANDRZEJ NIKODEMOWICZ czas i dźwięk, 28 września godz.19.00 Trybunał Koronny Finał Festiwalu okazał się fajerwerkiem! Niech żałują Ci, którzy nie dotarli. Zwłaszcza młodzi, bo mogli otrzymać lekcję pianistyki najwyższych lotów! Dla niżej podpisanej jednak, dzięki tak niezwykłemu wykonawcy i niezwykłemu programowi, który na swój recital wybrał, w sposób najdoskonalszy z możliwych ukazała się jakże realnie pewna głęboka filozoficzna idea. O wszystkim jednak po kolei. Recital dał świetny, wyjątkowy pianista Zbigniew Raubo z Katowic, z „ tej” szkoły pianistycznej czyli od prof. Andrzeja Jasińskiego się wywodzącej. Swą sztuką wykonawczą poniósł słuchaczy na absolutne muzyczne wyżyny. Umiejętnościami niezwykłego rozumienia, interpretowania i wielkim darem przekazywania publiczności granych utworów nie tylko zachwycił, ale potwierdził, że to właśnie najwięksi robią to, co dla muzyki najistotniejsze – pokazują, uwydatniają jej sensy (liczba mnoga jest celowo użyta) i podają je dalej – do słuchacza. Tym samym współtworzą najważniejszy muzyczny łańcuch, bez którego ta wielka sztuka w ogóle nie zaistnieje: twórca = dzieło, odtwórca = wykonawca dzieła, słuchacz. Idea filozoficzna, którą empirycznie potwierdził ten recital to zupełnie w Polsce nieznane pojęcie „trzeciego pola”, którego twórcą był jednak polski filozof kultury Andrzej Rusław Fryderyk Nowicki (1919-2011). Celowo przytaczam tutaj jego wszystkie imiona, ponieważ trzecie – Fryderyk, przyjął jako młodzieniec z uwielbienia dla dzieła muzycznego Fryderyka Chopina i dzieła filozoficznego Fryderyka Nietzschego. Warto dodać, że stosunek do filozofa uległ w czasie życia umysłowego filozofa daleko posuniętej weryfikacji i zmianie na mniej bałwochwalczy, ale stosunek do muzyki kompozytora – nigdy! „Trzecie pole” to koncentracja na pośmiertnych losach dzieł twórcy i ich pośmiertnej obecności w kulturze. Stwarza to badaczom możliwość zauważenia rzeczy najistotniejszej : c o z dzieła twórcy wyrosło? Rozmiary „trzeciego pola” świadczą bowiem najdobitniej o prawdziwej wartości dzieł twórcy w kulturze wysokiej. Wiedział co robi filozof, który stworzył takie narzędzie badawcze, bo pozwala ono na niezwykłe odkrycia. Recital Zbigniewa Raubo został tak ułożony, że od utworów Fryderyka Chopina : Berceuse Des- dur op. 57 i Barkaroli Fis-dur op.60 przechodził dokładnie do utworów, dzięki którym mogliśmy usłyszeć, c o naprawdę z utworów Chopina wyrosło. A wyrosły fenomenalne Wariacje na temat Chopina op. 22 Sergiusza Rachmaninowa i w znacznie dalszej perspektywie ten proces „wyrastania” ukazująca – Sonata fortepianowa (1958) Andrzeja Nikodemowicza, która stała się zwieńczeniem Festiwalu jego imienia. Wariacje pokazują zachwyt Rachmaninowa - fenomenalnego pianisty i niezwykłego kompozytora miniaturą Chopina – Preludium c-moll op. 28 nr 20, a także tę całą jego rozbuchaną pianistykę, która jest potem piekielnie trudna do odtworzenia przez wykonawcę. Preludium c-moll nadaje się na wariacje wprost wzorcowo, ponieważ jest zbiorem i układem takich harmonicznym struktur akordowych, które odbiera się jako ledwie zarys czegoś. Rozwinięcie Rachmaninowa, godne swego wzorca, pianista Zbigniew Raubo pokazał nam w sposób mistrzowski. To dzięki jego niebywałej technice, muzykalności, sile wewnętrznej – ogrom nagromadzonych trudności natury warsztatowej nie przytłoczył publiczności ani trochę. Dzięki perfekcji w każdej sferze wykonawczej: technicznej, muzycznej, interpretacyjnej wreszcie, artysta zafundował słuchaczom ostrą emocjonalną „jazdę bez trzymanki”. Zawierające się w 577 taktach rozłożonych na 22 wariacje (od króciuteńkich 8, 9-taktowych, po rozbudowane do 108 taktów) wbiły na pół godziny publiczność w fotele. Od początku do końca trudno było złapać oddech, pianista tak przechodził z jednej w drugą, zmieniając natychmiast emocjonalność, dostosowując ją do kolejnych karkołomnych technicznych akrobacji. Ale przecież to nie o akrobacje chodziło, a o pianistykę najwyższego lotu, a i pokaz wielkich umiejętności kompozytorskich Rachmaninowa, który wykorzystał augmentację, fugato, przetwarzał styl Jana Sebastiana Bacha (wariacje polifoniczne od I –III czy kunsztowna choć miniaturowa fuga w wariacji XII, godna osobnej analizy!) i samego Chopina(wariacje VI - VIII, i tak chopinowskie zakończenie wariacji X, a w klimacie całkiem – XIII, czy XVII Grave , która skrycie składa wielki hołd Chopinowi nawiązaniem do jego Marsza żałobnego), który dalej rozwija temat na sposób … rachmaninowski czyli bardzo romantyczny, wybujały emocjonalnie i piękny. W wielkich dziełach prawdziwej kultury chodzi o to, aby miały one sens dla drugiego człowieka. Pianiści tej miary co Zbigniew Raubo pozwalają nam swoimi interpretacjami dotrzeć do tego sensu. Więcej, ich wykonania potrafią nami – wstrząsnąć. I tak też się stało w czasie finałowego koncertu festiwalowego. Wykonaniem Rachmaninowa Raubo publicznością – wstrząsnął ! Jestem osobiście wdzięczna pianiście, że nie grał przedtem arcydzieł Chopina na sposób zniewieściały (morbidezza jako moment wyrazu najwyższego ducha – to zupełnie coś innego niż insynuowane Chopinowi omdlewającego, chorobliwego zniewieścienia… )**. Raubo zresztą nie musi, ma tak fantastyczne forte, brzmiące, ale nie sforsowane (nie przeszkadzał mu nawet już naprawdę zmęczony fortepian, który jednak dzięki Lubelskiemu Towarzystwu Muzycznemu im. Henryka Wieniawskiego w ogóle w sali Trybunału mamy!), a to sprawia, że jego piano jest też fantastycznie brzmiące, nie słania się i nie zanika. Coś niesamowitego. Oddanie w takie ręce Sonaty Andrzeja Nikodemowicza było wspaniałym pomysłem. Zabrzmiała bowiem niebywale interesująco. Dramaturgię jej 3-cz. formy pianista zbudował oszałamiająco. I to właśnie w kontekście zagranych wcześniej dzieł Chopina, Sonata pokazała swe pokrewieństwa duchowe z wielkimi narracjami tego geniusza. Także i Karola Szymanowskiego, ale przecież tędy właśnie wiedzie Droga od Chopina – to, co nazwane zostało wyżej „trzecim polem” - życie dzieł twórcy i trwanie w innych dziełach, które inspiruje. Chyba żaden koncert w moim życiu nie pokazał mi tego dobitniej. A to niewątpliwa zasługa artysty. Brawurowa, z charakterystyczną repetytywnością dźwięków Toccata – cz. III Sonaty Andrzeja Nikodemowicza, która miała zakończyć recital, zagrana mistrzowsko wzbudziła takie owacje, że pianista jeszcze dwukrotnie siadał do fortepianu. Żeby nie było wątpliwości : skąd my wszyscy? zagrał oczywiście… Fryderyka Chopina: Nokturn b-moll op. 9 nr 1 i Mazurek e-moll op. 41 nr 1. Wielcy myśliciele już dawno powiedzieli, że człowiek idąc przez życie – zostawia ślady. Niektóre ślady są jak te z wiersza Leopolda Staffa*** – na piasku, woda je szybko zmywa i zaciera, inne wyryte w skale, ale i te woda i powietrze mogą zatrzeć. Ślad pozostawiony w duszy drugiego człowieka, do którego dotarł sens dzieła, zostaje na zawsze nie tylko w nim, ale we wszystkich, którym on dalej ten ślad przekaże. Uczestniczyliśmy w takim przekazywaniu przez ostatnie dni. Po III Międzynarodowym Festiwalu Andrzej Nikodemowicz czas i dźwięk wiemy już, że muzyka patrona pozostawiła w nas głęboki, wyrazisty ślad swojego piękna i muzycznego sensu, który bez słów wprowadza nas w rejony aksjologicznie na co dzień niedostępne. Dlatego będziemy bardzo czekać na następne. ** “Morbidezza is the precise phrase; morbidezza may be found in Chopin's art, in the very feverish moments when he seems brimming over with high spirits.” (podkreśl. I.A.S.) - "Promenades of an Impressionist" – James Huneker ***Leopold Staff, wiersz Podwaliny: Budowałem na piasku/I zawaliło się./Budowałem na skale/ I zawaliło się./Teraz budując, zacznę/Od dymu z komina. Dziennik festiwalowy poprowadziła dla Państwa Iwona A. Siedlaczek

Wydarzenia polecane