W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z serwisu lublin.eu oznacza, że będą one zamieszczane w Twoim urządzeniu. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień Twojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w Polityce prywatności.Zamknij

Drukuj stronę do PDF Kantatą Słysz Boże wołanie... rozpoczął się koncert inaugurujący IV Festiwal Andrzeja Nikodemowicza

24.09.201501:08

”Najmilej wspominam pierwsze lubelskie wykonanie mojego dzieła zaprezentowanego w 1983 r. w katedrze lubelskiej. Była to kantata Słysz Boże wołanie moje, śpiewała Jadwiga Rappe, orkiestrą filharmonii lubelskiej dyrygował Adam Natanek” – mówił kompozytor w rozmowie z Januszem M. Paluchem, drukowanej w nr 2/2014 Cracovia Leopolis . Ja też pamiętam to wykonanie, z pewnością nie tak dokładnie, ale głos śpiewaczki i pierwsza wokaliza, rozpoczynająca utwór były przejmujące…
W dzisiejszym wykonaniu znakomitej Magdaleny Idzik szlachetność barwy głosu artystki korespondowała z „wołaniem do Boga”, które jest przecież czymś innym niż - krzyk. Akustyka sali gościnnej dla Festiwalu, ale nieprzyjaznej akustycznie nie pozwoliła na trwałe unoszenie się głosu nad orkiestrą, co burzyć mogło pierwsze wrażenie owego spokojnego „wołania”, które nie powinno zamieniać się w krzyk, ale i nie powinno milknąć.

 

O wartości utworu pisały swego czasu wielkie pióra, jak choćby Bohdan Pociej. Niezaprzeczalna, wysokiej próby duchowość w nim obecna, musi korespondować z wrażliwością jeśli nie religijną, to z wrażliwością na obecność sacrum. Już samo zgromadzenie ludzi w imię pięknej idei wysłuchania razem muzyki powoduje, że przestrzeń, w której się znajdą zamienia się w przestrzeń sakralną, w której swobodnie krąży Duch Muzyki. I choć rodzaj i akustyka miejsca ma tutaj znaczenie (stąd katedra przed trzydziestu laty była miejscem lepszym), to jednak muzyka jest tym, co – przemienia miejsce i ludzi się w nim znajdujących. Po wysłuchaniu kantaty Słysz Boże, wołanie moje, duch tej muzyki przeniknął w serca słuchaczy i pozostanie już tam, nawet – nieświadomie – trwale obecny.
Po wokalnym Credo Andrzeja Nikodemowicza Koncert wiolonczelowy Witolda Lutosławskiego zabrzmiał jak krzyk całego Pokolenia. W tym Pokoleniu zarówno Lutosławski jak Nikodemowicz przeżyli to, co w wieku XX najstraszniejsze i najpodlejsze, dwa totalitaryzmy. Lutosławski może właśnie jedynie w tym koncercie, z racji pisania go dla opozycjonisty rosyjskiego systemu Mścisława Roztropowicza pokazał inne oblicze swojej muzyki. I choć zaprzeczał jakimkolwiek pozamuzycznym skojarzeniom, z pewnością utwór ten pokazuje rozdarcie prawdziwego artysty na to co indywidualne i to, co tłumne. I choć czasami, w momentach spontanicznie zawiązanej wspólnoty (to te kilka miejsc w koncercie, gdy wiolonczela gra z orkiestrą i razem z nią współtworzy „zgodną” frazę) w imię ważnego, a nawet szczytnego celu, artysta czuje się pełnowartościowym jej członkiem, to jednak jest to krótkotrwałe i raczej złudne, bo rzadko dotyczy współodczuwania i współmyślenia. Ten ból i rozdarcie jest obecny w koncercie tak silnie, że właściwie całą ekspresję twórca wykorzystał w celu pokazania: jak  t o  jest. Ale kto powiedział, że ma być inaczej? Artyści są właśnie po to wrażliwi, bardziej wrażliwi od przeciętnego człowieka, by mogli wskazywać mu światy jeszcze nie istniejące. Bolesne poczucie niezrozumienia, a nawet bycia w opozycji do społeczeństwa czy narodu jest w przypadku artystów ich drogą i zaświadcza o istnieniu tego, czego nie da się opisać, co jest nieuchwytne, a do czego mimo to próbują dotrzeć, pociągając za sobą opieszałych i leniwych maruderów, gdy ci się na ich sztukę otworzą. Można więc uznać koncert wiolonczelowy za wielkie, znaczące dzieło także i w tym, że muzycznymi środkami ujmuje tę trwałą opozycję artysta – naród, ja indywidualne a społeczeństwo, dla Lutosławskiego niezwykle istotną w całym jego życiu.

Marcin  Zdunik wykonał dzieło Lutosławskiego tak, że można było fizycznie odczuć wyżej wspomnianą opozycję. Artysta na takim poziomie jest bez wątpienia współtwórcą kompozytorskiego dzieła. Schodząc z estrady w burzy oklasków Zdunik miał powody do szczęścia - potrafił przekazać publiczności istotę kompozycji. Powtarzana uporczywie nuta d  (symbol samotnego i niezrozumianego artysty?) pod jego smyczkiem nie miała nic
z nużącego natręctwa, a była raczej natarczywym głosem Lutosławskiego (i Zdunika) skierowanym do nas, słuchaczy. Pytaniem o sens takiej samotnej pracy, którą wykonuje się nie dla siebie, albo nie tylko dla siebie, a przede wszystkim dla Ludzkości. Fakt, że Zdunik jest wiolonczelistą fenomenalnym, miał znaczenie ogromne w tak wymagającym utworze. A największą zdobyczą wykonawcy był fakt, że jego wiolonczela brzmiała dziesiątkami barw, była chrapliwa i słodka, arogancka i tkliwa, stając się swoistym medium przekazu intencji, jak i wielkich emocji kompozytora.
Na bis wiolonczelista zagrał Jana Sebastiana Bacha – Preludium ze Suity nr 1 na wiolonczelę solo BWV 1007 i zakończył tym sposobem tę część koncertu – kolejną modlitwą. Nikodemowicza łączy z Bachem sposób narracji bez krzyku, obecność bardzo ludzkiego bólu i smutku, który tonuje się i rozpływa w myśli o Bogu. Przypadkiem (?) takie zakończenie cz. I stało się więc symboliczne. Zwróciło uwagę słuchaczy na istnienie tradycji, a może więcej - owej Idei, greckiego Eidos, do którego dążenie łączy twórców wszystkich epok przeszłych, teraźniejszych i tych przyszłych, jeśli Kultura Wysoka przetrwa.
W cz. II Polska Orkiestra Sinfonia Juventus, godna swej nazwy, bo pełna wigoru, energii i radości grania odkurzyła Wielkiego Symfonika, uwypuklając w wykonaniu to, co cenił sam Mistrz – aktywność, działanie , ale i piękną współpracę w imię szlachetnej Idei. Zasługą prowadzącego zespół Tadeusza Wojciechowskiego było nadanie tej młodości odpowiedniego pulsu, skierowanie jej ku właściwym celom i uwypuklenie dzięki temu jakże cennych szczegółów (choćby solo kończącego frazę oboju w cz. II i innych smaczków), nie zawsze słyszalnych przy setnym wykonaniu przez zasiedziałe orkiestry. Dużą zaletą wykonania była nasycona barwa smyczków i miły dla ucha synchron intonacyjno-rytmiczny wiolonczel i kontrabasów. Prawdziwe (i czytelne) piano i szlachetne, prawie zawsze bez przerysowania brzmiące forte i fortissimo sprawiły, że muzyka Beethovena naprawdę żyła. To bardzo cenne, bo utwory tak znane jak V Symfonia c-moll op. 67 w złym wykonaniu potrafią nielicho znużyć- na gorąco notatkę z I festiwalowego koncertu spisała Iwona A. Siedlaczek


image_015.jpgIwona Agnieszka SIEDLACZEK dyplomowana nauczycielka klasy skrzypiec w Szkole Muzycznej im. T. Szeligowskiego, skrzypaczka i teoretyk muzyki. Zajmuje się też filozofią muzyki i czasem pisuje o bieżących wydarzeniach muzycznych. Opiekuje się spuścizną filozoficzną Andrzeja Nowickiego, którego uczennicą i asystentką była przez 25 lat. Prowadzi audycje i koncerty, propagując w środowisku lubelskim i regionie muzyczną kulturę wysoką.