W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z serwisu lublin.eu oznacza, że będą one zamieszczane w Twoim urządzeniu. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień Twojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w Polityce prywatności.Zamknij

Drukuj stronę do PDF Kolekcja alternatywna

19.06.200917:48

Od kolekcji wymaga się więcej niż od wystawy. Wystawa może być unaocznieniem stanu istniejącego w danym momencie. Może być wydarzeniem towarzyskim, kiedy grupa znajomych razem wystawia prace chociaż nie mają one ze sobą wiele wspólnego i nawet nie są takie znowu udane. Wreszcie, wystawa może nie wyjść. Ale kolekcja to coś więcej. Musi mieć dobrze przemyślane założenia, musi mieć myśl przewodnią.
I tutaj moje pytania po obejrzeniu „Kolekcji Alternatywnej” – wystawy zbiorowej odbywającej się w Galerii Białej w Lublinie: Jaki jest klucz doboru prac do kolekcji, proponowanej przez Galerię Białą? Jaka myśl przewodnia? W katalogu do wystawy napisane jest tylko, że kolekcja miałaby być alternatywą dla zbiorów Muzeum Lubelskiego na Zamku, BWA i Zachęty. Nie wiemy jednak – musimy zgadywać - jak Galeria Biała definiuje tamte kolekcje, gdzie jest luka, której one nie wypełniają i na czym w związku z tym polega alternatywny charakter kolekcji Galerii Białej i novum, które ona wnosi. Jeśli to różnice programowe, to w czym konkretnie one tkwią? A może chodzi o inny dobór artystów? Chyba nie do końca, dwoje artystów których prace oglądamy w Białej ma przecież związki z Zachętą – w kolekcji tej instytucji znajdują się prace Elizy Galey, Koziara zaś z Zachętą współpracuje. Zachęta ma także pracę Leona Tarasewicza, którego zeszłoroczna realizacja na wirydarzu zostaje przypomniana w katalogu. Prace jednej osoby mogą figurować w zbiorach różniących się od siebie charakterem, ale warto byłoby określić w czym innym ta różnica charakterów, skoro autorzy bywają ci sami? Czy może chodzi o to, że – jak sugeruje katalog – Galeria Biała buduje kolekcję artystów lubelskich? Tamte kolekcje nie ograniczają się do lublinian. Ale w takim razie dlaczego w katalogu przywołuje się Tarasewicza? Może alternatywny charakter kolekcji miałby polegać na tym, że znalazłoby się w niej stosunkowo dużo prac autorów młodych, jeszcze bez ugruntowanej pozycji? W odróżnieniu od pozostałych instytucji, które raczej interesują się artystami dojrzałymi, Galeria Biała stawia na twórców początkujących. Ale w takim razie skąd na wystawie prace Anny Nawrot, Jana Gryki czy Roberta Kuśmirowskiego? No dobrze, dwoje pierwszych to założyciele i prowadzący Białą, Kuśmirowski tutaj debiutował i rzeczywiście tu się zaczął formować. Dlaczego jednak w kolekcji znaleźli się Tomasz Kozak i Jarosław Koziara? Są młodzi czy są wychowankami Białej? Może po prostu Biała gromadzi dzieła artystów z nią związanych, niezależnie od ich wieku, dotychczasowej drogi twórczej, miejsca zamieszkania i wyborów artystycznych – ale czy to samo w sobie tworzy alternatywny rys kolekcji? Jeśli z kolei decydujący jest tu czas powstania dzieła (bo Muzeum Lubelskie ma eksponaty sprzed, powiedzmy, 70 lat a Biała to, co powstaje właśnie w tej chwili) to też warto byłoby umieścić taką informację w opisie wystawy. Różnice między Białą a Zachętą, BWA, a zwłaszcza Muzeum Lubelskim na pewno są, ale należałoby je jednoznacznie sprecyzować i określić, które z nich uważa się za istotne (może dla Galerii Białej istotne jest co innego, niż widzowie zgadują, że jest?). Dopóki zaś się tego nie zrobi, to może na razie słuszniej mówić, że jest się „obok” czy „oprócz” innych, a nie alternatywą dla nich. * * * Druga sprawa to – abstrahując od problemu kolekcji – sposób doboru prac, tworzenia wystawy. Ja jestem zwolennikiem wystaw, dla których według określonego kryterium wybiera się dzieła spośród już istniejących. Wtedy jest szansa zobaczyć efekt czyjejś rzetelnej pracy nad danym zagadnieniem czy stopień zaawansowania artysty w szukaniu rozwiązań dla danego problemu. Natomiast jestem sceptyczna wobec zamawiania prac na konkretną wystawę. Tak (przynajmniej w części) powstała Kolekcja Alternatywna i w ogóle wydaje się to dziś dominującą metodą ale w ten sposób zbyt często powstają twory byle jakie, niedopracowane, przypadkowe, o niczym, do których w katalogach dopisuje się potem ideologię. (Ostatnio w Lublinie zobaczyliśmy to także na wystawie inauguracyjnej towot squaw w Warsztatach Kultury, ale problem jest oczywiście ogólnopolski.) * * * Czytając katalog wystawy zadawałam sobie (jak zwykle przy lekturze katalogów różnych wystaw zbiorowych i indywidualnych) pytanie, czy autorzy tych druków naprawdę wierzą w to co piszą. „Jarosław Koziara – czytamy w katalogu – w jednej z ekspozycyjnych sal ustawił słoiki wypełnione moczem. Co ciekawe ciecz ta pochodzi w większości z ostatniego miesiąca ciężkiej pracy nerek artysty […] Artysta odnajduje w moczu paradoksalnie wiele z właściwości dzieła sztuki. Artefaktu w którym zawarte są piętrzące się informacje i korespondencje […] Rozpatrując tę realizację z innej strony zauważamy, iż metabolizm jest tutaj niejako tożsamy z procesem artystycznej twórczości, traktowanym jako akt upostaciowienia informacji, intuicji, doświadczenia artysty […] Co ciekawe, w kolorach tego intymnego płynu odnajdujemy te, do których artysta przyzwyczaił nas swoimi realizacjami […]” Dlaczego ktoś mi wmawia, że siki artysty są ciekawe? Nie. Nie, proszę państwa. Wcale nie są. Artysta sam w sobie owszem, jest interesujący ale bynajmniej nie dlatego, że przez miesiąc wykonywał czynność, której owoc możemy oglądać w słoikach w sali ekspozycyjnej. Koziara nadaje wysoką rangę projektom użytkowym, tworzy sztukę tam gdzie inni odwalają chałturę i generalnie swą pracą dowodzi, że jego talent ma się dobrze w przestrzeniach innych niż galeria sztuki. (Może więc w potencjalnej kolekcji powinna się znaleźć dokumentacja użytkowych realizacji Koziary?) Ale w dziedzinie wykorzystania moczu i innych wydzielin powiedziano już wiele i bardziej radykalnie, a w każdym razie wcześniej. Najbardziej oczywiste jest tu wspomnieć o akcjonistach wiedeńskich. Z kolei na przykład w osiemdziesiątych latach powstała (oparta zresztą na tanim pomyśle) fotografia „Piss Christ” Andresa Serrano, można więc powiedzieć, że poprzednicy ustawili Koziarze poprzeczkę której ten nie przeskoczył, a wcale nie jestem pewna, czy wyżej wymieniony Serrano ustawia tę poprzeczkę aż tak wysoko. Kuśmirowski zestawia szachownicę z próbówkami i nadaje temu tytuł „Ostry dyżur… czyli bicie konia o 1.00 w nocy”. Łatwiutki chwyt, bardzo łatwiutki… Według komentarza w katalogu jest to „gra z widzem”. Gra jest „ponadto osadzona w przestrzeni zatrzymanego czasu”, ale autor tekstu nie precyzuje co to znaczy. Od dłuższego już czasu dochodzą nas tu do Lublina słuchy o wiekopomnych dziełach Kuśmirowskiego powstających w prestiżowych galeriach prestiżowych krajów. W Galerii Białej Kuśmirowski konsekwentnie pokazuje rzeczy, które wiekopomne nie są żadna miarą. Banalne skojarzenie krypty ze szkieletem (dwa lata temu w ramach wystawy „Transgresja wyobraźni”), dowcipasy o masturbacji… Kilka lat temu Michał Stachyra zaczął interesująco projektami parodystycznymi. Parodia to sztuka trudna, poważna, dająca szansę odkryć artystycznych, intelektualnych. Katarzyna Cichoń dwa lata temu w ramach „Transgresji wyobraźni” pokazała dosyć obiecujący projekt pt. „Pimpek” o upiększaniu pieska i jego pani. Był to dopiero początek drogi, Cichoń raczej czegoś dotknęła niż zgłębiła, ale tamta realizacja też otwierała przed nią pole do poszukiwań. Niestety w pracy „Artyści do wynajęcia” to pole im się zawęziło do wąskiego tropu wskazanego przez Kazika, który zaśpiewał kiedyś, że „wszyscy artyści to prostytutki”. Nic tej pracy nie pomoże komentarz z katalogu, że twórcy wyśmiewają postawę sprzedawczyka. Łatwo się śmiać ze sprzedawczyków, łatwo rozśmieszać skojarzeniami z seksem. Prace warte moim zdaniem uwagi zostawiłam na koniec, który właśnie nadchodzi. Oto one: instalacja Anny Nawrot, wlepki Tomasz Bielaka, naścienne rysunki Mariusza Tarkawiana i realizacja Magdy Bicz. Magda Bicz w przestrzennych układach analizuje plany ogrodów, labirynty. Wydaje się to ciekawym kierunkiem poszukiwań. Warto też pamiętać o wcześniejszych obrazach Bicz, przedstawiających wzory z tkanin. Widać w tym malarstwie myślenie podobne, jak we wschodnich mandalach – tworzenie dzieła jest medytacją, czyli wprowadzaniem się w specyficzny stan umysłu, w skupienie i to właśnie ten stan, a nie gotowy obraz czy inny przedmiot jest celem tworzenia. Dla niektórych odbiorców ważny jest temat realizacji Tarkawiana (noszącej tytuł „Kolokwium z historii sztuki”), dla mnie osobiście nie ma to znaczenia o tyle, że u Tarkawiana najważniejsze jest według mnie jak rysuje – a rysuje kolokwialnie mówiąc pięknie i nieważne co, bo jego rysunki niezależnie od tematu dają estetyczną przyjemność patrzenia. Trudno znaleźć kryterium oceny dla jego prac, bo co to znaczy „pięknie”? (Mam wrażenie że nieraz ci co piszą o Tarkawianie starają się na za wszelką cenę doszukiwać tam głębszych znaczeń jakby sam fakt, że coś daje estetyczną przyjemność nie wystarczał i jakby trzeba było dla tego szukać intelektualnego usprawiedliwienia.) Wlepki Bielka oceniam równie subiektywnie jak rysunki Tarkawiana. Powiedziałabym, że są to porządnie zaprojektowane znaki graficzne z precyzyjnym skrótem myślowym, humorem i dobrze znalezioną syntetyczna formą. Przekaz intelektualny jest jasny, światopogląd, który się wyłania z dzieła również. Skądinąd uważam, że propozycja Bielaka jest gotowym, bogatym materiałem na wystawę indywidualną tym bardziej, że wymaga od widza czasu i skupienia. Anna Nawrot pokryła ściany jednego z pomieszczeń krawatami w wachlarzowych układach. Reakcje osób wchodzących do salki świadczyły, że praca naprawdę „działa” na emocje i czysto wizualnie (przez sam dobór kolorów i sposób ułożenia krawatów) i przez skojarzenia które może budzić ten element męskiego stroju. (I tutaj zgadzam się z komentarzem do pracy w katalogu wystawy.) Praca Nawrot jest zmysłowa, erotyczna, w subtelny sposób mówi o sprawach płci. (Polecam Kuśmirowskiemu, Cichoń i Stachyrze, żeby sobie uważnie obejrzeli tę realizację). Ale miałam niedosyt, w moim odbiorze wnętrze jest dopiero pomysłem, który należałoby rozwinąć w większej przestrzeni. Gdyby autorka zdecydowała się kiedyś (po remoncie) rozegrać krawatami na przykład całe piętro to wtedy mogłoby powstać dzieło sztuki do odbioru na różnych płaszczyznach - silnie działające na emocje, zmysły, a jednocześnie rozwijające intelektualne znaczenia, którymi artystka zajmuje się w swojej twórczości. Mogłyby się też w takiej instalacji pojawić odkrycia dotyczące samego rozgrywania przestrzeni. Za całą wystawę wystarczyłyby tylko (aż?) trzy ostatnie prace (wydaje się, że koncepcja Bicz wymaga jeszcze poszukiwań). Tylko co one mają ze sobą wspólnego? Co by miało wynikać z zestawienia ich ze sobą? Każda z nich wybrzmiałaby pełniej, gdyby występowała solo. Pokazane razem zagłuszają się nawzajem, nie mówiąc już o tym, że są zagłuszane przez pozostałe realizacje. W międzyczasie umknął nam gdzieś wątek kolekcji. Ale to nic, ponieważ żadnej kolekcji tu nie było, raczej przedwstępna selekcja do porządnej wystawy. Katarzyna Hołda