W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z serwisu lublin.eu oznacza, że będą one zamieszczane w Twoim urządzeniu. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień Twojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w Polityce prywatności.Zamknij

Drukuj stronę do PDF Kulturalne typy

02.08.201312:51

Coraz mniej typów spod ciemnej gwiazdy Kulturalne typy to moi faworyci – zarówno lubelskie osoby, jak i instytucje i przedsięwzięcia – które zwróciły moją uwagę w ostatnich tygodniach, i którym kibicuję. Kulturalne typy to także postaci nieco podejrzane i dziwne indywidua. Przygotowując pierwszą odsłonę tak zatytułowanej rubryki, chciałem ją zbalansować i opisać tyle samo pozytywnych i negatywnych. Nie udało się. Wypłynęło za mało tych drugich. Ale to dobrze, nieprawdaż? Krawatka jak paw Dumna jak paw chodzi ostatnio Anna Nawrot, szefowa Galerii Białej i artystka, zwana przez niektórych „krawatką”. Właśnie ostatnia krawatowa przygoda stała się powodem do dumy dla czarnowłosej 53-latki. Wciąż pięknej i dlatego jej widoczna satysfakcja nie jest niesmaczna w odbiorze. Przygoda była wyjątkowo spektakularna, bo kurator (Michał Jachuła) wielkiej zbiorowej wystawy („Splendor tkaniny”) w narodowej galerii sztuki (warszawska Zachęta, 8 marca–19 maja) pokazał dzieło lublinianki (kobiecy manekin w sukni z męskich krawatów), bardzo je eksponując (obiekt stanął, głównie z powodów koncepcyjno-aranżacyjnych, w miejscu na co dzień zajmowanym przez „Gladiatora”, u zwieńczenia schodów na pierwsze piętro ozdobionych niebiańskim dywanem Leona Tarasewicza), ale oczywiście – doceniając też samą autorkę (specjalistka od tkaniny). Koncertowe zupy Jadłodajnia Zielony Talerzyk bardzo się „rozimprezowała”. Co parę dni, bywa, że co dwa, dzieje się tu jakaś kultura czy rozrywka. Imprezy są takie sobie, bo mały lokal nie jest ani stworzony, ani przystosowany do imprezowania. Mają jednak niewątpliwie jeden, doniosły walor. Są – trochę paradoksalnie – pretekstem do przyjścia do tej oryginalnej miejscówki, położonej nieco na uboczu lubelskich szlaków, i rozsmakowania się w jej podstawowej, kulinarnej, działalności. Można tu zjeść smacznie i oryginalnie, odkrywając rozmaite oblicza kuchni – głównie wegetariańskiej – z niemal całego świata. Nieraz nawet do godz. 21 mają jakąś fajną zupę i oczywiście chętnie serwują ją także w trakcie kameralnych koncercików. Słuchasz sobie folku wykonywanego przez sympatycznych i kompetentnych pasjonatów i zajadasz się fasoladą, kremem z topinambura, szorbą, białym miso, harirą albo też – tyleż tutejszymi co nietutejszymi, bo unikanymi przez większość tutejszych jadłodajni – kartoflanką, zacierką czy krupnikiem. To jest to! Tylko tu! Krakowianka jestem Zespół Pieśni i Tańca „Lublin” im. Wandy Kaniorowej wydał nowy album. Proszę jednak nie wzruszać od razu ramionami. Dzieło zatytułowane „Grajże grajku” to znakomitość! Na dwóch płytach nasi folkloryści pomieścili 27 utworów, mieniących się stylami, tematami, tempami i klimatami. Obfitość i różnorodność idą w parze z wysoką jakością materiału i wykonania. Kawałki zabawowe są porywające, numery nastrojowe są poruszające. Rewelacyjne są piosenki, w których w ujęciu damsko-męskim czy wprost jako kandydatki na narzeczone i żony prezentują się dziewczyny. Niespotykane w tekstach współczesnych przebojów rozrywkowych prostota, otwartość i dobór wątków niekiedy powalają. Tak jest np. w „Krakowiance”: „Krakowianka jestem, choć taka malutka/ gospodyni dobra i w tańcu leciutka/ Miałam ja ubijać kapustę do beczki/ ale wolę sobie śpiewać piosneczki”. I tak jest w „Czerwonych jagodach”: „Czerwone jagody wpadają do wody/ Powiadają ludzie, że nie mam urody/ Urodo, urodo, żebym ja cię miała/ dostałbym chłopca, jakiego bym chciała”. Lubelskie polonezy Może ktoś chciałby posłuchać czegoś totalnie odjechanego, wykrzywionego, rozwichrzonego i niespotykanego? Jest okazja, bo Marcin Masecki opublikował longplay z polonezami, które skomponował na ubiegłoroczne wydanie festiwalu Kody. Warszawski kompozytor i pianista pożenił w swoich numerach tradycyjne polonezowe rytmy z takimi estetykami jak: marsze, salonowe granie, samba, surf rock i hip-hop. W trzech z sześciu kawałków zamieszczonych na albumie „Polonezy” to mieszanie nawet nieźle się sprawdza. Można powiedzieć: w tym szaleństwie jest metoda. Most Szymona Nie udały się tegoroczne odsłony letnich festiwali Otwarte Miasto, Inne Brzmienia i Międzynarodowe Spotkania Folklorystyczne. Ale na szczęście kanikuła nie jest w Lublinie nieatrakcyjna kulturalnie. Przebojem lata okazało się ostatnie przedsięwzięcie Pracowni Sztuki Zaangażowanej Społecznie „Rewiry”, prowadzonej przez Szymona Pietrasiewicza. To Most Kultury – cykl imprez odbywających się od czerwca na moście Lutosławskiego (nad Bystrzycą u wylotu ulicy Zamojskiej). Symbol łączenia ożył i rozkwitł tam imponująco: pustkowie kulturalne wypełniła kultura – w swych rozmaitych przejawach: ambitne koncerty, wyrafinowane pokazy filmowe, odjechane imprezy didżejskie, offowe spektakle – obecna na co dzień głównie w śródmieściu. Oferta Rewirów cieszy się powodzeniem mieszkańców tamtejszych dzielnic. Ponieważ jest ona naprawdę mocna, przybywają tam także ludzie z centrum i innych terenów Lublina. Bremenn wziął Bemowo Wreszcie ukazał się longplay lubelskiej kapeli Bremenn zatytułowany „Flowers of Fall”. Zgadnijcie, który to długograj w karierze naszych industrialno-rockowych artystów? Dobrą podpowiedzią nie będzie tu informacja, że zespół działa od 2003 roku. Otóż „Jesienne liście” to pierwszy album w dziesięcioletniej historii bandu Grzegorza Kabasy! Oprócz częstotliwości wydawania płyt, w działalności Bremenn są i inne dziwne wątki. Mocno zastanawiający jest np. fakt, że wokalista Jakub Tabaczewski odszedł z grupy po nagraniu tego longplaya. Jeszcze ciekawsze jest powodzenie, jakim cieszy się singlowa piosenka „My Veil”, promująca fonogram. Istnieje ona praktycznie tylko na jednej liście przebojów – na Liście Przebojów Radia Bemowo.FM. Ale za to zaliczyła tam sam szczyt. Nasz człowiek u Moore’a Uwaga, uwaga! Lublin ma swojego człowieka w nowym zespole byłego lidera kultowej amerykańskiej grupy Sonic Youth, Thurstona Moore’a. Grupa nazywa się w Chelsea Light Moving, a gra – jak to określa kierownik – Burroughs rocka (od pisarza William S. Burroughsa). Nasz człowiek jest kobietą i nazywa się Samara Lubelski. Obsługuje tu bas. Ale generalnie jest multiinstrumentalistką, której niestraszne także skrzypce, wiolonczela, gitara, mellotron. Przed dołączeniem do Chelsea Light Moving współtworzyła kilka bandów, w tym dwa o bardzo ciekawych nazwach od Sasa do lasa: Metabolismus i Jackie-O Motherfucker. Jacek Szymczyk ABC Polska Nr 3 (maj–wrzesień 2013)

Wydarzenia polecane