W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z serwisu lublin.eu oznacza, że będą one zamieszczane w Twoim urządzeniu. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień Twojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w Polityce prywatności.Zamknij

Drukuj stronę do PDF Lubelska kronika kulturalno-towarzyska (Maj–Czerwiec 2013)

04.07.201322:41

Lubelska kronika kulturalno-towarzyska (Maj–Czerwiec 2013) To było Zła passa Chatki Żaka trwa. Nie przeniesiono wernisażu pokonkursowej wystawy „PlakatOn”, choć nikt normalny nie mógł w katastrofalną śnieżycę 15 marca dotrzeć na imprezę. 12–14 kwietnia zorganizowano II Ogólnopolski Festiwal Piosenki Artystycznej „Wschody”, tak że w dwa pierwsze dni były niemal wyłącznie długie przesłuchania konkursowe (drugiego: ponad 7-godzinne!). Trzeciego zaś przynudzał Piotr Rogucki. A wszystko ze scenografią wyglądającą jak trójkowe prace uczniów kiepskiej podstawówki. Imponująco zapowiadały się obchody 60-lecia Zespołu Tańca Ludowego (23–28 kwietnia). I rzeczywiście koncerty od strony muzycznej i tanecznej były świetne (i było ich dużo). Niestety, satysfakcję z ich odbioru zaburzyła oprawa wizualna sceny. Plastyczny horror! Klub Spirala obchodzi w tym roku swoje 10-lecie. Z okazji jubileuszu szef pizzowo-muzycznego przybytku Krzysztof Pasaman zorganizował dwie imprezy. Na 28 marca zaprosił na „Jajeczko nr 10”. W towarzystwie m.in. Rafała Klonowskiego, Dariusza Pańkowskiego, Piotra Bańki i Jerzego Stankiewicza można było skosztować sałatek z jajem w roli głównej. W odróżnieniu od kulinarno-towarzyskiego jajeczka, właściwa jubileuszowa impreza („Urodzinki Spirali”, 13 kwietnia) miała być koncertowo-towarzyska. I w końcu taka była – jak ktoś miał cierpliwość czekać kilka godzin aż zagrają rozkapryszone Teksasy. Galeria Labirynt zaplanowała na 5 kwietnia maraton artystyczny z pokonkursową prezentacją prac wideo z Przeglądu Sztuki Wideo THE 01, z oficjalnym zamknięciem wystawy „Piotr Uklański – Life as It Should Be TM”, z dyskusyjnym „Klubem Sztuki” i z koncertem awangardowego zespołu RUUR. W zapowiedziach wyglądało to bardzo ambitnie i atrakcyjnie. W realu nie wszystko wypaliło. Zaczęło się dobrze. Filmiki twórców z Włoch, Czech, Peru, Rosji, Grecji, Francji, Japonii, Chile, Kolumbii, Argentyny, USA, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Meksyku, Węgier, Ukrainy, Niemiec i Wielkiej Brytanii były różnorodne kulturowo i już choćby przez to ciekawe. Za to finisaż, który – paradoksalnie – dla wielu stanowił pierwszą okazją do zobaczenia słabo promowanej ekspozycji okazał się mało zajmujący. Główna przyczyna tkwiła w wyjątkowo miałkiej zawartości samej wystawy, będącej kuratorską interpretacją i dokumentacją ekspozycji Piotra Uklańskiego „Life as It Should Be TM”, która odbyła się w 1995 roku w Galerii BWA w Lublinie. Na dodatek organizatorzy nie nadali imprezie żadnego sensownego kształtu. Naprawdę ciekawie zaczęło się dziać dopiero około 21.30, a więc po 2,5 godzinach zawracania głowy, kiedy wystartował „Klub Sztuki”, czyli nowy cykl dyskusji w Labiryncie. Rozmowa, prowadzona przez Paulinę Kempisty, Magdalenę Linkowską i Aleksandrę Skrabek, dotyczyła sztuki zawłaszczania i choć zawierała kilka niewiarygodnie głupich wystąpień, była rodzynkiem maratonu. Zaskoczyła pozytywnie wysoką frekwencją i różnorodnością osób, które postanowiły zabrać głos na ten – wydawałoby się raczej specjalistyczny – temat. Udał się również koncert wieńczący piątkowe wydarzenie. Zespół RUUR – w składzie didżej Karol Chinaski, trębacz Jan Michalec i wizualista Karol Grabiec – wystąpił z tworzoną na żywo intrygującą muzyką elektroniczno-akustyczną, inteligentnie oprawioną obrazami. Na otwarciu wystawy „Wiosennie…” Bożeny Lesiak w galerii Witryna stawiła się prawie cała Federacja – Jan Kondrak, Marek Andrzejewski, Jola Sip. 19-kwietniowy wernisaż okazał się dla nich atrakcyjny, bo przybył też Tadeusz Gidziński. To organizator koncertów naszych bardów w Krakowie. Ostatnio podjął się współprodukowania kompaktowej reedycji „Missy pagany” Kondraka – i z pierwszymi egzemplarzami albumu przybył do Lublina. Na LSM sporo jest sztuki plenerowej. Większość rzeczy powstała podczas Lubelskich Spotkań Plastycznych (1976–78). Ciąg dalszy do tamtej historii dopisała 22 kwietnia pracownia Rewiry. Na jej zaproszenie na Osiedlu Piastowskim zadziałał Krystian Czaplicki. Wrocławski artysta wykonał i postawił na środku trawnika na betonowej podmurówce prostopadłościan, formą zbliżony do skrzynki elektrycznej. Ale materiałem daleko odbiegający od tych pospolitych urządzeń. Bo to marmur. Zabawne! Dużo artystycznej i ekologicznej młodzieży oraz dwóch starych hipisów (dziennikarz Piotr Wróblewski i poeta Piotr Kobielski) przysłuchiwało się 25 kwietnia w Zielonym Talerzyku opowieściom muzyka Jacka Ostaszewskiego i utworom z albumu grupy Ossian „Księga chmur”. Etnojazzowa muzyka płynęła z winylowej płyty, dawkowana przez gospodarza wieczoru Radosława Bułtowicza. A Ostaszewski opowiadał zajmująco m.in. o tym, jak stał się najoryginalniejszym specjalistą od koreańskiego instrumentu kayakum, dlaczego Milo Kurtis przestał grać na sitarze i co spowodowało odejście z zespołu Marka Jackowskiego. W taki sposób Bułtowicz zainaugurował cykl muzyczno-gawędziarskich spotkań w Zielonym Talerzyku zatytułowany „Odsłuch”. Koncertową robotą uczczono Święto Pracy w ośrodku Rozdroża. W ramach cyklu Muzyczna Scena Eksperymentalna wspólnie wystąpiło trzech perkusistów, grając na bębnach i talerzach m.in. grzebieniami, szczotkami, widelcami i smyczkami. To była bardzo nietypowa wystawa. Po pierwsze: zawieszona nie w galerii, tylko w klubie specjalizującym się w imprezach muzycznych (Dwa Piętra). Po drugie: złożona z prac dwojga bliskich sobie artystów (Malwina Adaszek i Michał Bździuch). Po trzecie: otwarta w niedzielę o późnej jak na wystawowe zwyczaje porze (28 kwietnia, godz. 20). Po czwarte: mająca wernisażową oprawę w postaci didżejsko-producenckiego grania elektroniki (trip-hop, dub techno i idm w wykonaniu kolektywu Las / Zepsute). Adaszek i Bździucha łączy pochodzenie z Biłgoraja, rocznik 1990, zamiłowanie do fotografii i preferencje tematyczne. I to wszystko złożyło się na wystawę „The End” z oryginalnym wernisażem. W salce wystawowej Dwóch Pięter zawisło po około sześciu prac obojga twórców – czarno-białych fotografii wykonanych w podbiłgorajskich plenerach i obrazujących tytułowy koniec (jak się można domyślić: koniec cywilizacji). Zobaczyliśmy posępne krajobrazy, wyludnione przestrzenie, wyjałowione pola. Zarazem odpychające i intrygujące, dające do myślenia. Tą ekspozycją Dwa Piętra udanie powróciły do wystawowej aktywności, dość intensywnej na początku działalności klubu. Po miesięcznej przerwie będzie tam znowu artystycznie i plastycznie. Niebawem przy Okopowej 5 zawisną grafiki Marcina Studzińskiego. Zwykle powstanie nowego klubu jest dla sporej grupy osób powodem przynajmniej umiarkowanej radości – dla imprezowiczów, bo mają kolejne miejsce do zabawy, dla didżejów i ochroniarzy, bo mają robotę, dla niezainteresowanych branżowym meritum obywateli także, bo mogą np. wpaść na chwilę, żeby kupić o późnej porze papierosy. Zwyczajowymi wyjątkami są imprezownie ulokowane w mieszkalnych kamienicach i wnoszące wraz ze swoim otwarciem problem głośnej muzyki oraz miejscówki stwarzające zagrożenie dla ludzi znajdujących się w ich okolicy schodzącym się do nich złym towarzystwem. Rzadkim negatywnym typem jest odrodzona w maju w nowej lokalizacji Czekolada (z hukiem trzech imprez otwarciowych). Klub działający kiedyś w piwnicach przy Krakowskim Przedmieściu 19 (tu, gdzie obecnie mieści się Dom Kultury), został wskrzeszony w zupełnie zaskakującym i zarazem niezwykle problematycznym miejscu. Właściciel nieruchomości wydzierżawił nowym najemcom m.in. patio, które dotąd użytkował bardzo ambitny i szeroko lubiany piwniczno-parterowy klub Czarna Owca (ta strata bardzo osłabiła jego letni potencjał). Nowi bogaci arendarze zadaszyli je i urządzili w tak uzyskanym lokalu jeden z najlepszych wnętrzarsko klubów w Lublinie. Ich wyobraźnia potknęła się jednak na wejściu do imponującego interioru. Zamiast wykorzystać na nie starą wielką drewnianą bramę i fundując w ten sposób bywalcom wchodzącym przez nią do urządzonego nowocześnie wnętrza mały intrygujący szok estetyczny, kierują ich do swego lokum na parterze – w dół a potem do góry – przez piwnicę, dzieląc drzwi, schody i korytarz z Czarną Owcą. Jest tu więc niezłe zamieszanie. Jakby tej żenady było mało, na czas imprez ludzie od Czekolady urządzają przy wejściu coś na kształt wystawki z białym tandetnym kantorkiem i dwoma niskimi słupkami spiętymi okołometrowej długości taśmą. Szpetne graty i klamoty powracają tu co tydzień nie dlatego, że nikt ich nie chce wziąć, tylko dlatego, że są sprzętami pracowników nowego klubu. Tzw. bramkarze wykonują przy nich tzw. selekcję. A propos: czy ktoś normalny bywa w miejscach, gdzie praktykowany jest ten proceder? To będzie Chórzystka śpiewa: „Zwykły Człowiek został wezwany przez Artystę. Nie widzi twarzy Artysty, bo ten siedzi w ciemności. Trudno jest określić odległość, która ich dzieli. Próbują rozmawiać. I nie do zniesienia jest ten dialog. Bo nie jest tak, że w każdej luce i amfibolii mieszka sens. To sztucznie budowana aura tajemniczości i niedopowiedzeń. Egzaltacja. Czyli: Jak się domyślamy, Zwykły Człowiek gra o życie. Off. Ha ha ha ha ha”. To fragment sztuki „Śmierć Kalibana” Magdy Fertacz (autorka znakomitych dramatów „Trash Story” i „Absynt”, współautorka głośnych „III Furii”). Zżera mnie ciekawość, co jeszcze jest w tym tekście i jak zaprezentuje go w ramach „Czytelni Dramatu” zespół pod batutą Joanny Lewickiej (reżyserka „Już się ciebie nie boję, Otello!” Sceny Prapremier „InVitro” i „Snu nocy letniej” Zapalonych). Dlatego postaram się być 21 maja o 19 w sali widowiskowej Labiryntu. Miasto Poezji stało się znakomitym festiwalem dzięki niestandardowym przedsięwzięciom – np. mieszkaniom poezji, czyli publicznym spotkaniom poetyckim w prywatnych przestrzeniach, oraz „tatuowaniu” placów, chodników i ścian hasłami poetyckimi o wysokich walorach artystycznych i wizualnych. Ale tegoroczna, szósta, edycja błyśnie także spotkaniami w Ośrodku „Brama Grodzka – Teatr NN”. 3 czerwca zagości tu Marcin Świetlicki, który w połowie maja publikuje nowy tom poezji i którego Świetliki właśnie nagrały kolejny album. 4 czerwca gościem Miasta Poezji będzie Jacek Podsiadło, którego ostatni tomik „Pod światło” był dostępny od 2011 roku tylko w postaci e-booka i dopiero niedawno ukazał się drukiem. 7 czerwca, ostatniego dnia festiwalu, odbędzie się spotkanie poświęcone Papuszy. O wybitnej cygańskiej poetce nakręcił ostatnio film Krzysztof Krauze. Premiera jesienią. Z 8 na 9 czerwca nie śpimy. Sztandarowym wydarzeniem tegorocznej, siódmej, Nocy Kultury będzie koncert „Energie miasta”. Na placu Po Farze wystąpią duety – lubelski muzyk i gość. Wśród importowanych artystów – Spięty, Natalia Przybysz, Robert Brylewski. Na dziedzińcu Archiwum Państwowego Contemporary Noise Sextet będzie grał z tutejszymi muzykami do niemego filmu. Most im. M. Lutosławskiego zamieni się w dom kultury, a w Domu Kultury obędzie się akcja „Lutofuzja” Marcina Maseckiego i didżejów. Strasznie skurczył się bardzo dobry i bardzo obfity programowo u swego zarania festiwal Sąsiedzi. Wtedy koncepcyjnie wyrastał ponad bardziej promowane Konfrontacje Teatralne, a osią koncepcji była konfrontacja spektakli z Polski z przedstawieniami z krajów położonych wokół niej. Niestety, w ubiegłym roku wszystkie teatry były z polskich miast. Witold Mazurkiewicz zaproponował taką oszczędnościową obsadę w związku z wycofaniem się głównego sponsora. Traktowaliśmy to jako stan przejściowy, ale okazuje się, że rok to za mało, by znaleźć dużego mecenasa. Znowu będziemy mieli w zasadzie krajową imprezę. Jej wciąż wiodące – jak wynika z zapowiedzi dyrektora – tematy wielokulturowego współistnienia, artystycznej redefinicji tożsamości narodowej i szeroko rozumianego zjawiska sąsiedztwa będzie realizować od 13 do 16 czerwca siedem grup polskich i jedna czeska. Wygląda to mało atrakcyjnie, szczególnie że kwestia wielokulturowości w polskim ujęciu została już w Lublinie nieznośnie wyeksploatowana. Festiwal Inne Brzmienia nigdy nie dorastał do statusu, jaki próbowali mu przypisać organizatorzy, i nie zasługiwał na ogólnopolski odbiór, jakiego oczekiwali. Coś tam jednak udawało się zawsze wyszukać w programie jego pierwszych edycji, co było dla nas nowe i zmuszało do stawienia się na Rynku, u dominikanów lub w Andersenie (np. Motion Trio, Tinariwen, Giulia Y Los Tellarini, Gaba Kulka i Konrad Kucz). Tymczasem po przeczytaniu planu tegorocznego wydania imprezy – skróconej do trzech dni i ograniczonej do koncertów plenerowych – wypada przeprosić się z kimś, kto przez coroczny udział bywał wcześniej dla ludzi spoza festiwalowego towarzystwa wzajemnej adoracji powodem do kpin z Innych Brzmień. Chodzi o Wojciecha Waglewskiego, który wraz ze swoją grupą Voo Voo (jej menedżerem był nieżyjący już Mirosław Olszówka, jednocześnie twórca i dyrektor imprezy) znowu znalazł się w obsadzie festiwalu. I koncert tego potrafiącego pozytywnie zaskoczyć zespołu, tym razem wzmocnionego dętą Orkiestrą Gidle, zapowiada się na największą trzydniówki (5–7 lipca) na Starym Mieście. Jacek Szymczyk Awangarda Lubelska Nr 5–6 (45–46)

Wydarzenia polecane