Serwis Lublin.eu używa plików cookies. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na ich użycie.Zamknij

Drukuj stronę do PDF VI Koncert VI Festiwalu Andrzeja Nikodemowicza, kameralny

17.10.201716:09

Recital poświęcony został 150 Rocznicy Urodzin Marii Curie-Skłodowskiej. Imię wielkiej uczonej nosi lubelski Uniwersytet i rzeczywiście warto było uczcić tę rocznicę koncertem. Więzi noblistki z muzyką klasyczną są bowiem poświadczone faktem, że jej młodsza córka Ève Curie Labouisse (1904-2007) była przez pewien czas koncertującą pianistką. Wyróżnikiem wieczoru stał się jednak nie naukowy, a kulturowy, społeczny i historyczny kontekst dla granej muzyki. 
Dlaczego? Bo była to głównie muzyka ormiańska, mało, jak i cała ta wiekowa kultura w Polsce znana. Koncert kontynuował Wielką Lekcję Historii jaką mieliśmy okazję odebrać na poprzednim, niedzielnym, przypominając utworami Komitasa (1869–1935) - mnicha i kompozytora - o Genocydzie Ormian, który miał miejsce w czasie I wojny światowej, w latach 1915–1917. Komitas był jednym z nielicznych, który przeżył, ale tylko fizycznie, ponieważ  jego wrażliwy Duch rozpadł się wtedy doszczętnie (1). Wykonawcami zaś byli kameraliści na co dzień związani z muzycznymi instytucjami Lublina: pianistka Małgorzata Krzemińska i skrzypek Dawtian Martyros – Ormianin i Lublinianin w jednym.
Ale cz. I recitalu należała do muzyki francuskiej i uznanych arcydzieł literatury skrzypcowej.  Artyści rozpoczęli uroczą miniaturą Gabriela Fauré (1845-1924)„Apres un Reve” op.7 nr 1, która, jak wiele utworów tego kompozytora – jest transkrypcją – tu bardzo popularnej pieśni o tym samym tytule.  Jej ‘charme’ płynie zatem z włoskiego anonimowego tekstu, który na francuski przełożył  Romain Bussine. Faure mógł zachwycić się obrazem miłosnego snu, który po przebudzeniu okazuje się tylko niespełnionym marzeniem. To bardzo romantyczne i idealnie pieśniowe. W transkrypcji, bez słów, pozostaje esencja, do której przyzwyczaili nas już romantycy niemieccy w swoich lirycznych  Lieder ohne Worte. Takie liryczne i romantyczne brzmienie zaproponowali nam i wykonawcy. Bardzo miło się tego słuchało. 
Zaraz potem zabrzmiała „Sonata A - dur na skrzypce i fortepian” Césara Francka (1822-1890). „Sonatę” uważa się za jedną z najgenialniejszych kompozycji kameralnych. Rozsławił ją pierwszy wykonawca, któremu zresztą była dedykowana – belgijski skrzypek Eugène Ysaÿe (1858-1931). Od tego czasu czyli 16 grudnia 1866 roku sonata jest utworem, który pragnie zagrać każdy skrzypek. Nie będę się rozpisywać o tym konkretnym wykonaniu, bo nie było ono dla mnie przekonujące. Ale inne utwory programu warte są, aby o nich napisać szczegółowiej. Zanim zostaliśmy wprowadzeni w świat niezwykłej, o orientalnym zaśpiewie muzyki ormiańskiej, zabrzmiał jeszcze „Gypsy Caprice” Fritza Kreislera (1875-1962).Kreisler - Wiedeńczyk żydowskiego pochodzenia, który całe życie bawił się muzyką, z rozbrajającą fantazją „podrabiając” w swoich kompozycjach style i kompozytorów, w każdej z nich dał wyraz swojej znajomości idiomu stylistycznego, bądź regionalizmu do którego sięgnął, włącznie z muzyką wiedeńskiej kawiarni („Liebesleid”, „Liebesfreud”), albo zwyczajnie pokazał, że ma świetne poczucie humoru ("Toy Soldiers' March"). Każda jego miniatura to jakiś – mały portret, także i „Gypsy Caprice”, w którym jest to cygański skrzypek, po prostu. W tej roli Dawtian Martyros, obdarzony temperamentem muzycznym i dźwiękiem emocjonalnie nasyconym indywidualną wibracją sprawdził się znakomicie. Kapryśność frazy, skrzypcowe „sztuczki” /jak choćby błyskotliwe przebiegi gamowe/, falująca dynamika i tempo zostały nam przez artystów znakomicie, z tzw. pazurem pokazane, więc z przyjemnością zanurzyliśmy się w tę błyskotliwą frazę.  

Po przerwie nadszedł czas na muzykę ormiańską, a jej chyba (przynajmniej niżej podpisana) oczekiwaliśmy najbardziej. Rozpoczęła pianistka, pod palcami której została wyczarowana melancholijna (jak chyba wszystkie) i śliczna pieśń „Garun a” /Wiosna/ Komitasa, w fascynującym fortepianowym ujęciu Roberta Andreasyana (1913-1971) (2) „Kołysanka na skrzypce i fortepian” Andrzeja Nikodemowicza  (1988/1993) - króciutka miniatura, która zabrzmiała zaraz potem, była swoistym przystankiem i pewnym oddechem pośród rwącej muzycznej fali, która znów porwała słuchaczy zaraz po „Kołysance” i niosła ich tak aż do końca wieczoru. Kontemplacyjny tembr, tak bliski Nikodemowiczowi, o czym nie raz już pisałam, odczuwalne „zatrzymanie” czasu /który jest chyba jednak potrzebnym do życia , albo niszczącym życie, ale tylko – złudzeniem/, który wcale nie musi płynąć, może być pęczniejącą od muzyki chwilą, jak odbiera się właśnie Kołysanki Nikodemowicza, istniejące jakby poza czasem / z fizycznego punktu niemożliwe, ale z innych?/ (3) 
Prostota i umiar wykonania pozwoliły na rzeczywiste kontemplowanie tej małej chwili, podczas której znów mogliśmy spotkać się z Patronem Festiwalu w wymiarze już wyłącznie – duchowym. Od „Elegii for piano” Arno Babajanyana (1921-1983) do końca brzmiała już wyłącznie muzyka ormiańska. „Elegia” to bardzo dobrze napisana, choć całkowicie, jak na czas jej powstania (1978 r.), stylistycznie spóźniona muzyka. Dedykacja utworu innemu wielkiemu kompozytorowi ormiańskiemu - Aramowi Chaczaturianowi (1903-1978) odbiła się zapewne na charakterze utworu, skoro wiązała się ze śmiercią genialnego syna tego Narodu. Tytuł  i zawartość osadzone są w XIX-w. popularnych utworach o smutnym charakterze. Tę elegijność czyli tęskno-egzotyczny zaśpiew melodyki, opartej o przewidywalną tonalność bardzo pięknie uwypukliło wykonanie pianistki. „Rhapsody for violin and piano” Edvarda Baghdasaryana (1922-1987) - należy do błyskotliwych, wpisujących się w wirtuozowski nurt kompozycji tzw. koncertowych /w fortepianie, który tu zastępował orkiestrę, można posłyszeć echa Gershwinowskiej  „Rapsodii in blue”/ ale zarazem o pogłębionej wymowie. Pobrzmiewają w niej zaśpiewy cudnych melodii ormiańskich. Burzliwej historii Armenii można się doszukać w środkowej, właśnie - burzliwej i przez to bardzo – rapsodycznej (4) części środkowej utworu. Miało to w brzmieniu coś wspólnego z dziełem Arama Chaczaturiana, ale to nie zarzut, tylko potwierdzenie, że ormiańska kultura muzyczna żyje w narodowym, dobrze słyszalnym i rozpoznawalnym idiomie. Wspaniałym, dostojnym i pięknym, dodajmy. 
Już pierwsze wejście skrzypiec po fortepianowym wstępie, z żarliwą, namiętną barwą, z niezwykle  nasyconym wibracją przez artystę dźwiękiem dało nam poznać, że „będzie się działo”. I rzeczywiście. Partia skrzypiec ma melodykę o kolorycie całkowicie wschodnim, opartą o wokalną tradycję śpiewu ormiańskiego, który w Lublinie można było usłyszeć już raz na I Festiwalu, kiedy ze znakomitym Męskim Zespołem Kairos zaśpiewał krajan solisty – artysta ludowy Aszot Martirosian. Było to, jak pamiętam, bardzo przejmujące. Tu skrzypek z naturalną swobodą wszystkie niuanse melodii ormiańskich wyśpiewał. Burzliwą frazę środkowej części „Rapsodii” publiczności pokazał z wielkim żarem emocjonalnym i zacięciem technicznym, w czym wydatnie wspomogła go pianistka. Czuło się, że muzyka ta jest nie tylko mu bliska, ale z osobowością artysty w pewien sposób – zrośnięta. Jeśli cechą charakterystyczną melodyki ormiańskiej jest jej melancholijna śpiewność, to artyści oddali to w sposób tak znakomity, że publiczność nie chciała ich wypuścić. Zachwycona, bardzo długo i gorąco ich oklaskiwała, odbierając muzykę ormiańską jako tę z gatunku mocno „chwytających za serce”. 
A już bis pod tym względem był po prostu – porażający. Fraza melodii „Żuraw” Komitasa, którą artyści wykonali, nie ma sobie równych jeśli chodzi o dramatyczny przekaz tych najbardziej ciemnych emocji (smutek, melancholia, tęsknota, żal, nostalgia), które jednocześnie są w muzyce tak pożądane, bo – dla słuchaczy - oczyszczające. Żarliwa śpiewność, nasycony emocjonalizm tego wykonania wywołał kolejną burzę oklasków publiczności. „Żuraw” /Grunk/ jest utworem przypominającym wszystkim Ormianom ziemie ojczyste, z których w bestialski sposób ich usuwano – więc narodową, a jednocześnie dla każdego indywidualnie - bardzo osobistą muzyczną frazą. Tak też ją odebrałam w emocjonalnym, pięknym wykonaniu artystów.   
Iwona A. Siedlaczek

Przypisy:

(1)    „Aż pewnego dnia ujrzał kobietę, która miała właśnie urodzić, ale nim zdążył się zbliżyć, jakiś żołnierz rozciął szablą jej wydęty i pulsujący brzuch. Od tamtej chwili Komitas, podobnie jak Andriej Rublow pięć wieków wcześniej wobec okrucieństwa Tatarów, zaniemówił. Potem przemówił jeszcze tylko raz, inni myśleli na początku, że to żart, ale potem uświadomili sobie, że ojciec Komitas postradał zmysły. Zatrzymał się i powiedział do swoich towarzyszy z konwoju: „Nie spieszcie się! Pozwólcie żołnierzom, by nas wyprzedzili….”. Gdy Daniel Varujan miał zostać zabrany i zabity, głos Komitasa usłyszano po raz ostatni. Właściwie nie mówił, lecz śpiewał. Najpierw psalmy, „Wybacz mi, Panie!”, ale głosem tak szorstkim, jakby oczekiwał, że to Bóg będzie prosić nas o przebaczenie, a następnie pieśń Grunk, Żuraw. A kiedy skończył, wybuchnął śmiechem. Całą noc słyszeliśmy jego spazmatyczne wybuchy śmiechu, zachrypniętego, nerwowego, jak zbutwiała tkanina, którą drzesz i drzesz, składając na pół, aby zacząć ponownie. Wielu z nich, w tym Daniel Varujan i Siamanto, zostało zamordowanych. Oguz Bey, nie wiedząc, co mógłby zrobić z archimandrytą Komitasem, wysłał go w końcu z powrotem do Konstantynopola. Znał się na zabijaniu ludzi padających do jego stóp lub szukających ucieczki, zabijał ludzi, którzy się modlili, błagali, płakali lub przeklinali, ale nie potrafił zabić człowieka, który się śmiał. Komitas zaś śmiał się nieustannie. To był niespotykany śmiech, który brał na siebie łzy wszystkich cierpiących, ale onieśmielał morderców: ten śmiech pokazywał, że w Komitasie nie pozostało już nic do zabicia. Nigdy już nie odzyskał zdrowia. Znajomi wysłali go do Paryża, do sanatorium. Umarł dwadzieścia lat później, a śmiech i łzy pogodziły się na jego pośmiertnym obliczu”. Ten wstrząsający cytat pochodzi z „Księgi szeptów” rumuńskiego pisarza ormiańskiego pochodzenia - Varujana Vosganiana (wyd. polskie w tłumaczeniu Joanny Kornaś-Warwas, Wrocław 2015, rozdział VII). Muzyka tego wieczoru opowiedziała o faktach tak przejmująco, że nic już dodawać nie trzeba. 
(2)    Dzieło Komitasa funkcjonuje na estradach koncertowych dzięki transkrypcjom i opracowaniom kilku muzyków i kompozytorów, m.in. pianisty Roberta ANDREASYANA, kompozytorów Sergeya BALASANYANA (1902-1982), Arno BABAJANYANA (1921-1983), czy Georgi SARAJIANA (1919-1986). Wszyscy oni podeszli do tego tak bardzo dla Ormian ważnego i wręcz mistycznego Dzieła z należytą powagą i delikatnością, aby nie odebrać natchnionym melodiom Komitasa ich prawdy wewnętrznej. Melodie Komitasa grane bez tej „oprawy” są równie, a nawet czasami bardziej przejmujące  https://www.youtube.com/watch?v=VCZRAQ5KWdw – na tej stronie można posłuchać archiwalnego głosu samego Komitasa, który wykonuje tę pieśń i jest to absolutnie mistyczne przeżycie. Mistycznie zagrał to także bez opracowania Sergey Khachatryan , który prawie płakał grając i poświęcając swe wykonanie pamięci Genocydu Ormian, co można sprawdzić tutaj:  https://www.youtube.com/watch?v=mzHdck3IOdU
Świadczy to dobitnie o ogromnej MOCY MUZYKI, o czym jakże często się współcześnie zapomina, albo pomija, jako nieistotne, nieracjonalne i przestarzałe.
(3)    Ponieważ nie ma aż tak wielu miniatur skrzypcowych lwowskiego Mistrza , była ona wykonywana od I Festiwalu już kilkakrotnie , m.in. przez Katarzynę Dudę, a Bartosz Woroch zagrał na I Festiwalu 26 września 2012 r. wszystkie „6 Kołysanek na skrzypce i fortepian”. 
(4)    Sięgając do greckiego źródłosłowu - rhapsoidia - pieśń rapsoda, który oznaczał utwór poetycki lub wydzielony fragment większego utworu epickiego, opiewający w podniosłym stylu bohaterów i wydarzenia historyczne, wykonywany w starożytnej Grecji przez wędrownych recytatorów – rapsodów, poczynając od Ślepca Homera, a przeniesiony do bliższej nam współczesności przez lirników - wieszczy, takich jak sławny Wernyhora.

Iwona Agnieszka Siedlaczek -  wciąż jeszcze nauczycielka skrzypiec Szkoły Muzycznej I i II st. im. Tadeusza Szeligowskiego w Lublinie, bardzo przywiązana do słuchania żywej muzyki, z której na gorąco pisze czasami notki, noty i elaboraty, których nikt nie czyta (z wyjątkiem Redaktora Niecodziennika, ale On to robi z obowiązku), ale przecież ktoś musi prowadzić choćby niekompletną  Kronikę Lubelskiego Życia Muzycznego. Dla Potomności!   

Wydarzenia polecane

Kalendarium wydarzeń

<

19.11.2017

>

Październik 2017

Listopad 2017

Grudzień 2017

Styczeń 2018

Luty 2018

Marzec 2018

Kwiecień 2018

Maj 2018

Czerwiec 2018

Lipiec 2018

Sierpień 2018

Wrzesień 2018

Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
25 26 27 28 29 30
1 2 3 4 5
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
30 31
1 2 3
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
27 28 29 30
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
1 2 3 4
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
29 30 31
1 2 3 4
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
26 27 28
1
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
26 27 28 29 30 31
1 2 3 4 5 6
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
30
1 2 3
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
28 29 30 31
1
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
25 26 27 28 29 30
1 2 3 4 5
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
30 31
1 2
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
27 28 29 30 31

Zgłoś problem

X

Zauważyłeś niepoprawne działanie strony lub nieaktualne dane? Zgłoś to korzystając z poniższego formularza.

(wpisz wynik słownie)