W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z serwisu lublin.eu oznacza, że będą one zamieszczane w Twoim urządzeniu. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień Twojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w Polityce prywatności.Zamknij

Drukuj stronę do PDF VIII Międzynarodowy Festiwal Andrzej Nikodemowicz Czas i Dźwięk 2019 - DIARIUSZ FESTIWALOWY III

09.10.201921:09

Trzeci koncert VIII FESTIWALU 24 września z powodu oryginalnej obsady wykonawczej, rzadko grywanych /i słuchanych!/ utworów okazał się nadzwyczaj ciekawy. Nawet jeśli ktoś miał wątpliwości co do zestawienia utworów XX i XXI-wiecznych z późnoromantycznymi, to musiały się one rozwiać nie tylko pod podmuchem muzycznego „Ventus” uroczej /wszystkie Japonki są urocze, proszę Państwa!/ kompozytorki Riki Ishige.
A zaczęło się od pięknych „Kołysanek” na obój i fortepian Patrona Festiwalu. Tym razem usłyszeliśmy wszystkie – trzy, bo na I Festiwalu  Elżbieta Banaś-Fota zagrała z towarzyszeniem ukraińskiego pianisty Myroslava Dragana  /którego towarzyszącego sopranistce Natali Dytiuk słyszeliśmy i widzieli ledwie dwa dni temu/ 23 września 2012 r. – dwie z nich. Jak to dobrze, że znów zostały wykonane, powtarzanie to przecież pomaganie pamięci - utrwalanie.

  Tym razem wysłuchałam ich ze świadomością wielu innych utworów kompozytora na instrument solo i fortepian. Bardzo bliskie są oczywiście „Kołysankom” skrzypcowym, ale też pokazują, że Nikodemowicz tworząc, zdecydowanie myślał „idiomem” instrumentalnym, więc obój jest tu obecny z całym charakterystycznym dlań rysunkiem melodii „wijącej się” trochę na sposób wschodni, co najbardziej słyszalne było w trzeciej „Kołysance”, gdzie solo wygrywał piękne wokalizy. A raczej – zrobiła to bardzo zajmująco młodziutka oboistka Aleksandra Panasik, której towarzyszyła Dyrektor Festiwalu, tym razem w roli nie tylko prowadzącej koncert, ale i przy fortepianie. No właśnie. Wszyscy muzycy występujący tego wieczoru to artyści związani z Lublinem bądź przez fakt ukończenia tutaj szkół muzycznych, bądź pracy w instytucjach artystycznych naszego miasta, albo fakty te łączący. Wracając jeszcze na chwilę do „Kołysanek”, to przy słuchaniu skojarzyły mi się z fragmentem poruszającego filmu dokumentalnego o kompozytorze autorstwa Jerzego Jacka Bojarskiego. Jest w nim taka scena, gdy Andrzej Nikodemowicz na wakacjach na Huculszczyźnie idzie lasem i improwizuje na fujarce. Cudnie improwizuje. To  było na pewno później, niż powstanie „Kołysanek”(1964), ale przecież była to  t a  s a m a  O s o b a! Doprawdy szkoda, że film do tej pory nie został pokazany szerszej widowni, choćby uczniom lubelskich szkół muzycznych. Może następny Festiwal mógłby włączyć go do swego programu, bo to jeszcze jedna forma spotkania z kompozytorem. Przecież. „Kołysanki” bardzo dobrze nastroiły słuchaczy do dalszej części koncertu /a przynajmniej niżej podpisaną!/. A dalej wszystko zmieniało się prawie jak w  kalejdoskopie, tej ślicznej i mądrej zabawce, którą pamiętamy z dzieciństwa. Ilość pulpitów, roszady wykonawców, zmiana obsady i zmiana nastrojów. Ale po kolei…

Ciąg coraz bardziej awangardowych utworów, niektórych zaaranżowanych bardzo zgrabnie przez Marcina Kozioła, zagrali wspólnie oboistka Aleksandra Panasik i gitarzysta Marcin Kozioł. Takie zestawienie instrumentów jest rzadkością, już ono było brzmieniowo intrygujące, a jeszcze i utwory nie dające się nudzić. Zaczęli od Jerzego Bauera /ur. 1936 w Łodzi i tam żyjącego/, którego syn Andrzej Bauer - prześwietny wiolonczelista, improwizator zaczynający także komponować, popularnością zdecydowanie przerósł ojca. Muzyka Jerzego słabo jest znana, ale czasami gdzieś-ktoś-coś i tak utrwalił mi się jej obraz jako pogodnej „sztuki dla sztuki”. „Dwa świątki ludowe: Frasobliwy i Radosny” na obój i gitarę (1977) już samym tytułem budzące pozytywne myśli, bo też chyba wszyscy takie przydrożne świątki kochamy, były właśnie takimi pogodnymi miniaturami, luźno z folklorem góralskim związanymi. Przy słuchaniu myśli swobodnie płynęły po połoninach, przynajmniej mojej towarzyszce organistce, która tak właśnie komentowała te zgrabne utwory. Obydwa świątki były … niefrasobliwe i to po prostu udzieliło się słuchaczom. Następnie usłyszeliśmy aranżację Marcina Kozioła „Dédicace III na sopran i gitarę” Piotra Mossa (ur. 1949) z 1995 r. Kompozytor doszedł już do „Dédicace VII na 4 gitary” (2016), lubi więc taki swój sposób „dedykowania”/kompozytor jest francuskojęzyczny z wyboru i mieszka w Paryżu/ dla określonych instrumentów lub ich zestawów własnych kompozycji. To w ogóle bardzo interesujący kompozytor, w dodatku jeden z nielicznych uczniów Grażyny Bacewicz, mojej ukochanej kompozytorki. Nie, oczywiście, że nie pisze jak ona /jej styl jest nie do podrobienia/, ale ma świetne pomysły i świetnie je realizuje. „Dédicace III” to kompozycja niezwykle nastrojowa, taka intymna rozmowa dwóch osób poprzez dźwięki.  
 
Bruno Bartolozzi (1911-1980) i jego „Auser” z 1973 r. to był ten najbardziej awangardowy ze wszystkich utworów wykonanych przez duet obój-gitara. Nic dziwnego, w najbardziej popularnej teraz encyklopedii podano, że ten kompozytor z Florencji był „pionierem w poszukiwaniach i rozwijaniu rozszerzonych technik instrumentów dętych”, a nawet pisał o tym podręczniki! Dlatego gitarzysta stukał w pudło na różne sposoby, trzaskał „bartokowskie” pizzicata, a oboistka grała frullato i wydobywała z oboju multifony, dźwięki przesterowane, pewnie jeszcze i coś innego, ale aż tak bardzo na współczesnej technice instrumentów dętych się nie znam i nie potrafię powiedzieć – co? Jednak już  t o wystarcza do wykazania, że utwór był związany z efektami, które wymagają swoistych umiejętności od wykonawców, ale też /gitarowe zwłaszcza/ są wizualnie widowiskowe. Często takie kompozycje sprawiają wielką frajdę wykonawcom, ale już mniejszą… publiczności. Zupełnie nie wiem, dlaczego ktoś siedzący za mną powtarzał, że stara się nie usnąć, bo utwory, a już zwłaszcza - ten – do spania absolutnie nie prowokowały, a wręcz odwrotnie – do wytężania uwagi i nasłuchiwania: co też jeszcze może się wydarzyć? I to jest w muzyce nowej świetne, że nie szukamy znanych zwrotów, a chcemy być zaskakiwani czymś nieoczywistym. I z jednej strony tak było z „Auserem”, ale z drugiej utworów z takimi efektami powstawało w latach 70-tych i później całkiem sporo. Na Warszawskiej Jesieni trudno je było od siebie odróżnić…
Wykonawcy świetnie się zaprezentowali, ale brakowało mi potraktowania tego utworu z większym luzem i zabawą, na czym zyskałby i utwór, i kontakt z publicznością przy jego prezentowaniu. Na koniec swego występu duet zagrał, znów w wiadomej aranżacji /bardzo dobrej/ „Nokturn na skrzypce i fortepian” z 1946 r. Andrzeja Nikodemowicza. Utwór stanowił muzyczną klamrę z początkowymi „Kołysankami”. Bardzo to nastrojowy /nokturnowy przecież/ i późnoromantyczny w charakterze utwór Nikodemowicza, po prostu pięknie brzmiący, chyba na każdym instrumencie, na którym da się śpiewać. Na oboju na pewno, co pokazała solistka!

Zanim zaczęła się cz. II koncertu i zdecydowanie inna, romantyczna, tonalna, „ładna” muzyka, nastąpił wtręt „ z zupełnie innej bajki”. Agnieszka Tyrawska-Kopeć zaśpiewała po prostu znakomicie wersję I z 1971 r. „Lamentacji (Rythm do Pana Jezusa Ukrzyżowanego patrząc na figurę Męki Pańskiey)” Nikodemowicza. Utworem tym publiczność została wyrwana ze zwykłego czasu i przeniesiona w jakiś „bezczas” metafizyczny. Nikodemowicz posłużył się tu starym drukiem Józefa Pokornego z 1839 r. /stąd pisownia/. Tekst Lamentacji Proroka Jeremiasza kompozytor opatrzył bardzo nowatorską, sonorystyczną w barwie i dwunastodźwiękową w technice oprawą. Solistka ma tu na tle postawionych i trzymanych akordów zespołu długie frazy, w których lament wyznaczają półtonowe, tak charakterystyczne dla stylu Nikodemowicza pochody i przedzielające je skoki, które przywodzą na myśl łkanie. Wszystkie środki są tu absolutnie podporządkowane celom wyrazowym. Tak został poprowadzony głos i tak towarzyszący mu zespół kameralny w nietypowym składzie: 2 klarnety /Artur Figiel i Piotr Czarny/, wiolonczela /Izabela Zagórska/ i fagot / Marek Moczulski/, który rozpoczynał każdą lamentację dojmującym, powtarzającym się akordem. Na szczęście artystka była słyszalna zupełnie dobrze, mimo czterech głośnych instrumentów. Ale w zamierzeniu kompozytorskim to właśnie one miały za zadanie swoim zastygłym, surowym w brzmieniu trwaniem „ton” lamentacyjny podtrzymywać. Wrażenie doprawdy przejmujące…Z programu wypadł jeden utwór - młodego kompozytora Andrzeja Kopcia, o frapującym tytule „Zamrożona myśl”, a szkoda, bo zapowiadał się bardzo interesująco  - ta elektronika  w sali Trybunału, to mogło być – coś!

Część II koncertu przebiegła już bez niespodzianek, w dobrze znanym melomanom, romantycznym świecie wybujałych uczuć, długich fraz, pięknych melodii. Ale zarówno „Sonata Es-dur” op. 167 na klarnet i fortepian Camille`a Saint-Saëns`a  (1835-1921) – zagrana pięknie i brawurowo przez Artura Figla z towarzyszeniem Teresy Księskiej-Falger, jak i znakomicie przez Trio klarnetowe o bardzo intrygującej nazwie EQUILIBRATO /włoskie – wyważony, zrównoważony?/ wykonane trzy utwory stanowiły całkiem dobrą przeciwwagę dla utworów wcześniejszych i pozwoliły docenić muzyczną różnorodność, która oby nigdy nie zanikła w Kulturze.  Trzej panowie klarneciści z EQUILIBRATO: Artur Figiel, Piotr Czarny, Jaremi Zienkowski znaleźli dla siebie pole do ukazania wrażliwości, muzykalności, techniki czyli mówiąc kolokwialnie „wygrania się”, co cenne i wcale nieoczywiste. W ich wykonaniu zabrzmiały Gustawa Roguskiego (1839-1921) „Andante” i Władysława Żeleńskiego (1837-1921) „Andante sostenuto”. Utwory dwóch prawie równolatków, w swoim czasie zaprzyjaźnionych, z których jeden jest jakoś obecny w przestrzeni muzycznej XXI w. /Żeleński/, a drugi zupełnie z niej „wypadł” i nawet nie wiadomo czy – słusznie. Po wysłuchaniu także tak naprawdę nie wiadomo, bo obydwa utwory były bardzo typowe dla estetyki późnoromantycznej, a więc nie pokazały indywidualności Roguskiego, dały jednak klarnecistom możliwość pokazania pięknego tonu, niuansów dynamiki i frazowania.
Panowie grali tak, że sprawili publiczności po prostu przyjemność. Ostatni utwór tego wieczoru, zaanonsowany już na początku ze względu na tytuł „Ventus” / łac. wiatr, podmuch, powiew/ ur. w 1982 r. japońskiej autorki / trochę trudno mi nazwać ją – kompozytorką, bo z tego, co można wyczytać, ma na swoim koncie więcej aranżacji i przeróbek, niż faktycznych kompozycji/ Riki Ishige to zgodny z prawami współczesnego rynku miły, bezproblemowy, momentami jazzujący utworek z 2009 r.. Gdyby się nie wiedziało, że autorka pochodzi z Japonii, nie można by o niej nic powiedzieć po tym utworze. Taki to typowy, mainstreamowy „kawałek” współczesnej globalnej kultury muzycznej. Miło było go wysłuchać i panowie świetnie samych siebie i publiczność nim – bawili, ale z pewnością nie ma potrzeby słuchać go ponownie. Ale na tym właśnie polega różnorodność w Kulturze, że daje możliwość wielorakich wyborów. Korzystajmy więc z nich, choćby w najbliższych dniach, bo w Lublinie kilka koncertów wartych wysłuchania - Osokins w Filharmonii, Domańska i Örmeny w Trybunale! Do czego zachęca Państwa niżej podpisana -  Iwona A. Siedlaczek

Iwona A. Siedlaczek – najwięcej czasu spędza w Szkole Muzycznej I i II st. im. Tadeusza Szeligowskiego w Lublinie, gdzie prowadzi jedną z klas skrzypiec, resztkę wykorzystuje na studiowanie prac z dziedziny  muzykologii, teorii muzyki i filozofii, co czasami owocuje jakimś własnym artykułem. Od czasu do czasu przyjmuje na siebie rolę kronikarki lubelskich (a niekiedy innych miast) wydarzeń muzycznych, której nie należy mylić z krytyką muzyczną, bo wszyscy krytycy już dawno wymarli, a o muzyce współczesnej to już w ogóle nie wiadomo, co i jak pisać. Współpracuje z Niecodziennikiem Bibliotecznym. Nagrodzona statuetkę Angelusa w kategorii animacji życia kulturalnego za rok 2018.
  

Powiązane:

Iwona Siedlaczek

Wydarzenia polecane