W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z serwisu lublin.eu oznacza, że będą one zamieszczane w Twoim urządzeniu. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień Twojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w Polityce prywatności.Zamknij

Drukuj stronę do PDF VIII Międzynarodowy Festiwal Andrzej Nikodemowicz Czas i Dźwięk 2019 - DIARIUSZ FESTIWALOWY IV

09.10.201921:24

Dla miłośników muzyki fortepianowej ostatnie dni września były fas-cy-nu-ją-ce!
W piątek 27 września salę Filharmonii Lubelskiej zelektryzował już samą obecnością, a co dopiero – grą – „demoniczny” celebryta łotewski Georgijs Osokins, który zagrał z orkiestrą pod dyrekcją Wojciecha Rodka II Koncert fortepianowy f-moll op. 21 Fryderyka Chopina (1810-1849) i z właściwym celebrytom ociąganiem na bis – Chopina „Mazurek cis-moll” op. 50 nr 3. Grał inaczej niż „się” gra Chopina, ale sala była pełna, całkowicie zasłuchana, widać więc publiczności to się podobało, a jeszcze bardziej zadeklarowana ekscentryczność wykonawcy.
Kolejne dwa wieczory – 28 i 29 września, już w ramach „VIII Międzynarodowego Festiwalu Andrzej  Nikodemowicz Czas i Dźwięk” wypełniły recitale świetnych, choć  mniej ekscentrycznych pianistów - Joanny Domańskiej (sobota 28 września) i Józsefa Örmény`ego (niedziela 29 września). VIII Festiwal zakończy się zaś recitalem kolejnej świetnej pianistki Beaty Bilińskiej (Aula KUL 6 października), która ma zaplanowany niesamowicie ciekawy program. Widać z tego, że tegoroczna edycja „pianistami stoi”!

Joanna Domańska to pianistka ze znakomitej szkoły krakowsko-katowickiej profesorów Jana Hoffmana i Andrzeja Jasińskiego. Znana w Lublinie między innymi z V Edycji Festiwalu, w czasie której zagrała świetnie „VI Koncert fortepianowy” Andrzeja Nikodemowicza. Tym razem dała w Trybunale recital, którego program uległ daleko idącym zmianom, ale przecież artyści mają do tego prawo, z racji choćby delikatnej i nadzwyczaj uwrażliwionej struktury emocjonalnej, która jednego dnia nie daje zagrać Bacha, a innego wzbrania się przed wykonaniem - Chopina. Najbardziej znanym z zaskakujących zmian programowych tuż przed i w czasie koncertów jest pianista Piotr Anderszewski.
Joanna Domańska zagrała więc tylko jeden utwór Andrzeja Nikodemowicza - „Wariacje Des-dur” z 1946 r. Ten wczesny okres w twórczości kompozytora,  zanurzonego jeszcze bardzo mocno w romantycznej stylistyce Chopina, Skriabina… zdaje się bardzo pianistce, osobowości lirycznej, odpowiadać. „Wariacje” pod jej palcami zabrzmiały właśnie tak ujmująco lirycznie, gdzie trzeba – bardziej burzliwie i wirtuozowsko, w sumie – po prostu pięknie.
Forma wariacji była /jak już pisałam/ bliska kompozytorowi, pozwolę sobie na stwierdzenie, że także ze względu na jego introwertyczną osobowość. Dawała dużą swobodę wypowiedzi, ale w określonym horyzoncie wybranego na wariacyjne przetwarzanie tematu. Niestety nie wiadomo, skąd pochodzi temat „Wariacji Des-dur”, ale został on przez kompozytora z wielkim znawstwem idiomu romantycznego dokomponowany. Te wariacje są w całości bardzo „chopinowskie”, momentami też „schumannowskie”, ale pisanie o tym nigdy nie jest szukaniem „wpływów” /jak to czyni teoretyk literatury Harold Bloom w „Lęku przed wpływem”/, bo świadomość, że żadnego dzieła, zwłaszcza po kilku tysiącleciach trwania kultury, nie można stworzyć „ex nihilo” była, myślę, obecna u Profesora Nikodemowicza od początku. Zresztą świadczą o tym wybory formalne, estetyczne i „last but not least” – etyczne kompozytora. Pragnę zwrócić tu jeszcze uwagę na czytelne /przynajmniej dla piszącej/ nawiązanie do romantycznej tradycji brzmieniowej także poprzez wybór tonacji Des-dur.
W tej tonacji, której brzmienie u Chopina Mieczysław Tomaszewski określa jako „wiolonczelowe” powstało bardzo wiele utworów Chopina /choćby „Walc Minutowy” czy „XV Preludium” tzw. „Deszczowe”/, ale też natchniona miniatura Claude`a Debussy`ego „Clair de Lune”. Tonacja Des-dur jest miękka, melancholijna, liryczna. I choć są u Nikodemowicza wariacje /trudno mi bez partytury wskazać, które…/ burzliwie preludiujące, czy Coda brillante - wirtuozowska jak u Chopina, tylko – inaczej, to wiodący ich charakter jest właśnie liryczny i melancholijny. To bardzo piękna kompozycja i myślę, że znajdzie stosowne miejsce w repertuarze współczesnych pianistów.
Wokół „Wariacji” artystka wykonała utwory klasyków wiedeńskich, których bardzo kochamy przecież, a zwłaszcza takie cudowne sonaty, jak Wolfganga Amadeusza Mozarta (1756-1791)  „Sonata B-dur KV 333” i Ludwiga van Beethovena (1770-1827) „Sonata cis-moll op.27 nr 2” /”Księżycowa”/. Wdzięk Mozartowskiej frazy jest zawsze miły uszom. I tym razem uszy słuchaczy się nie zawiodły. Doprawdy brzmienie tej sonaty jest cudownie beztroskie. Mimo muśniętego melancholią Andante cantabile /cz. II/. Takiemu odbiorowi dopomogła subtelność artystki, która również w Beethovenie czarowała słuchaczy pięknem brzmieniowym frazy.
Ta sonata, a zwłaszcza jej cz. I Adagio sostenuto, jak i wiele innych fragmentów muzyki Beethovena zostało już niemal „zawłaszczone” przez film / znawca tematu - Jan Topolski pisze nawet o ponad 1400 cytowaniach!/ i kulturę masową. Czasami z tego względu trudno jest wysłuchać po raz kolejny tę część sonaty na koncercie. Ale można na przykład skupić się na pięknym prowadzeniu frazy przez pianistkę, jak miało to miejsce w Trybunale. Można też  przecież skupić się na samej formie Beethovena, która ma już niewiele wspólnego z tą wypracowywaną żmudnie przez „Papę Haydna” i wirtuozowsko, mistrzowsko dokończoną i już powoli rozsadzaną geniuszem Mozarta. U Beethovena kluczem jest jego spostrzeżenie, że ten utwór, który „popełnił z miłości” jest „quasi una fantasia”. I trzy-częściowa całość jest tu po prostu rozwijaniem tej jednej „fantazji” o uczuciach, które jak to u Beethovena, znanego z wybuchowego charakteru, narastają od pozornie spokojnego Adagio, poprzez jeszcze „ugłaskane” Allegretto cz. II aż do eksplozji w cz. III Presto agitato /bardzo szybko i burzliwie, gwałtownie, niespokojnie!/. Muzyka  j e s t  właśnie takim cudem, który można wielorako od-słuchiwać, koncentrując się na różnych elementach. Pewnie dlatego też nie nudzą się nam /przynajmniej przez czas jakiś/ słuchania tego samego utworu, a nawet, gdy się znudzą i pojawi się jakieś fascynujące, obrazoburcze, jak na przykład Chopina przez Osokinsa, wtedy znów słuchamy z namiętnością godną pierwszego razu.
Recitalu Joanny Domańskiej dopełniły kompozycje Karola Szymanowskiego (1882-1937), które po tak wymagających sonatach i złożonych „Wariacjach” Nikodemowicza, nie dały artystce wziąć przysłowiowego oddechu. No i stąd pewnie na ostatnie „Wariacje b-moll op.3” już zabrakło artystce sił. A wariacje te, młodzieńcza kompozycja Szymanowskiego z czasów studiów, niebotycznie wirtuozowskie, bo „lisztowskie” w charakterze, stylu i natchnieniu romantycznym, wymagają ogromnego nakładu energii nie tylko myślowej, ale i zwyczajnie, fizycznej. Szaleńcze tempa przy niezwykle rozbudowanej fakturze /zwłaszcza II, IV, VII czy ostatnia XII plus Coda/ i wirtuozerii stylu brillante /wariacja IX „ot taki sobie walczyk”/ potrafią być doprawdy męczące. Wcześniej /przed Nikodemowiczem/ natomiast zagrane 5 „Preludiów” z op.1 Szymanowskiego były wytwornie piękne jak sam 17-letni młodzieniec, który w swojej rodzinnej Tymoszówce na Ukrainie tworzył je całkowicie zasłuchany w geniusz Chopina. I tak dla nas, ujmująco przez pianistkę został odczytany.  

Józsefa Örmény`ego też nie trzeba publiczności lubelskiej przedstawiać, bo grał tu na III Festiwalu (26 września 2014) „V Koncert fortepianowy” Andrzeja Nikodemowicza, którego zresztą wykonawczej premiery dokonał. Pianista ze Lwowa, przyjaciel Patrona Festiwalu, grał świetnie i prawdziwie nas przekonał do tej nowej i nieznanej wtedy /czy teraz „znanej”- oto jest pytanie/ pozycji.
Jego repertuar jest niebotycznie rozległy i tę „rozległość” potwierdził w rozmowie po koncertowej stwierdzeniem, że w ciągu ostatniego tygodnia grał we Lwowie muzykę Philipa Glassa, a zaledwie dwa dni po wyczerpującym recitalu w lubelskim Trybunale 1 października zagra tam recital z muzyką awangardowych kompozytorów lwowskich czyli Józefa Kofflera, Tadeusza Majerskiego /u którego Nikodemowicz studiował fortepian/ i Andrzeja Nikodemowicza! To doprawdy wielka rzecz, że we Lwowie jest zapotrzebowanie na taką muzykę i że jest artysta, który takie wymagające, ale i zarazem fascynujące zadania podejmuje. József Örmény jest pasjonatem, chciałby grać jej jak najwięcej i poszerzać muzyczne horyzonty publiczności, także lubelskiej, o nieznany repertuar, co też miało miejsce i w Trybunale. Jego program, ogromny, pod każdym względem złożony, był fascynujący i tak też – wykonany. Każdą nutą artysta trzymał słuchacza w emocjonalnym napięciu i oczekiwaniu na to, co dalej. A było czego oczekiwać.
Artysta rozpoczął od „ 4 Medytacji” (1986) Andrzeja Nikodemowicza. Te piękne, nastrojowe utwory sonorystyczne czyli badające możliwości brzmieniowe materii muzycznej „miękko i bezboleśnie” wprowadziły słuchaczy w muzykę nowoczesną. Nikodemowicz, co przypomniała w zapowiedzi koncertu Teresa Księska-Falger, powiązał w tych miniaturach trzy zjawiska: impresjonizm, romantyzm i polifonię. Niektóre „Medytacje” są bardziej emocjonalne, „romantyczne”, inne współcześnie powściągliwe, ale we wszystkich Nikodemowicz ujawnia własne umiejętności pianistyczne i znawstwo tego instrumentu, jego możliwości, których zresztą nie poszerza o żadne dodatkowe efekty, jak gra na strunach wewnątrz pudła, opukiwania, wykorzystywanie przedmiotów do wrzucania w pudło. Jego utwory fortepianowe utrzymane są w neoklasycznych ramach, ale uzyskany efekt brzmieniowy nie jest z tamtych czasów, przecież.   
Po tych fortepianowych „zamyśleniach” Nikodemowicza zabrzmiał fortepian jako instrument bardziej perkusyjny, barbaryczny, agresywny, dobitny i  piekielnie trudny. Tak odebrałam utwory awangardowej kompozytorki ukraińskiej Bohdany Froylak, która towarzyszyła mężowi przy fortepianie w roli pomocniczej – z sumienną  zręcznością przewracając kartki. Jej dwie kompozycje, krótki „Kurz” i „Stück” (2004) swą niezwykłą wprost energią, którą József Örmény znakomicie wydobył,  podziałały elektryzująco, przynajmniej na niżej podpisaną. Perkusyjna, toccatyczna jakość uderzeń, repetytywność dźwięków, aktywność motywów, klasterowość brzmienia, skrajność rejestrów, emocjonalna „gorączka” tych utworów to po prostu świat, w którym żyjemy. „Stück”, zbudowany z czterech odcinków, z których dwa są właśnie takie, jak wyżej, a środkowy i ostatni stanowi próbę „zatrzymania”  /chyba rolę tę spełnia długi tryl, który może ma nam przywrócić trochę „klasycznego” spokoju?/ nas na chwilę w lirycznym i bardziej kontemplacyjnym momencie duszy, długo tak jednak nie wytrzymuje i powraca do gorączkowych przebiegów. Ale znów przy pomocy tryla  kompozytorka wydziela ostatni, podobny do drugiego odcinek, który wyprowadza w wysokie rejestry fortepianu, aż do ich zamarcia. Czyżby istniała jeszcze jakaś nadzieja na ukojenie?

Kolejne „6 Medytacji” (1997)  Nikodemowicza, w których sonoryzm przejawił się także w wielowersyjności utworu, zaproponowanej przez samego kompozytora - wersja fortepianowa to bowiem III wersja  - stanowiły swoistą „otulinę” dźwiękową dla utworów Bohdany Froylak. Jeśli pierwsze „Medytacje” były zamyśleniem czyli oderwaniem od rzeczywistości, to te następne – raczej muzycznym językiem zapisanymi przemyśleniami (inna definicja „medytacji” to rozważanie i namysł nad czymś…), raczej melancholijnymi. Nikodemowicz wykorzystuje w nich miedzy innymi silną kontrapunktyzację faktury – dosłownie „nuta przeciw nucie”, co brzmi niezwykle i…niepokojąco. W takim też punkcie nas ostatnią „Medytacją” – pozostawia.   
Czołowego kompozytora argentyńskiego Alberto Ginastery (1916- 1983) – „Sonatę” op. 22 nr 1 artysta wykonał brawurowo, zaczepnie, znakomicie ukazując temperament południowca. Kompozytor określił okres 1948–1958, w którym powstała „Sonata” (1952) -„nacjonalizmem subiektywnym”. Sonata bazuje w częściach szybkich – I Allegro marcato na „południowej” rytmice, z szaloną repetytywnością pojedynczych dźwięków, zwłaszcza w części ostatniej - IV Ruvido ed ostinato /uparcie i wytrwale grać szorstko, chropawo!/. Fortepian w Trybunale, z racji wieku, nie bardzo dobrze poddaje się takim działaniom, o czym mówił sam artysta, ale palcom Józsefa Örmény`ego poddał się i to jak! Natomiast ta zupełnie nieznana muzyka była niezwykle wciągająca. Forma sonaty została wybrana przez Ginasterę jako bardzo „pojemna” dla interesujących pomysłów melodyczno-rytmicznych, których źródło tkwi w narodowej muzyce argentyńskiej, będącej mieszanką hiszpańskich elementów melodycznych i wpływów rytmicznych rodem z Afryki. Ale ponieważ składa się na nią kilkanaście stylów tańców i pieśni / z których kojarzymy tylko milonga i tango, nie mylić z tytułem pięknego przeboju Mieczysława Fogga  „Tango Milonga”/, więc trudno je w utworze rozpoznać i nazwać. Ale spotkanie z „Sonatą” Ginastery dzięki oszałamiającej pianistyce Józsefa Örmény`ego było absolutnie fascynujące.
Na zakończenie tego niezwykłego wieczoru pianista zagrał cykl „Preludiów op.11” Aleksandra Skriabina (1872-1915). Ten wczesny opus Skriabina, jeszcze  wtedy bezwzględnie zafascynowanego Fryderykiem Chopinem, nawiązuje do pierwowzoru – „24 Preludiów op. 28” polskiego kompozytora. Nawiązuje pod kilkoma względami: wyboru instrumentu, który dla Chopina i Skriabina stanowił najważniejszy środek artystycznego wyrazu, formy i liczby preludiów, ich układu tonacyjnego, wreszcie - charakteru i błyskotliwości frazy. Ale można w cyklu odnaleźć także godną Liszta brawurę i barwy „jakby” Debussy`ego i, co najistotniejsze – już Skriabinowską indywidualność, która osiągnie swoje szczyty w poematach fortepianowych. Pianista zaś stworzył swoim wykonaniem doprawdy piękny i przemyślany - cykl. I publiczność, która na stojąco dziękowała mu za ten poruszający przekaz, ufetował jeszcze na bis zagranymi dwiema wczesnymi miniaturami Skriabina /w tym „Mazurka op. 3 nr 3”, który znów jakże wyraziście z Chopinem korespondował!/ i Valentina Silvestrova /ur. w 1937 r. kompozytora ukraińskiego/ kompozycją zadziwiającą swoim eklektyzmem /postmodernizmem?/, taką, którą mógł był napisać – Mozart! Ta wzruszająca, bo napisana po śmierci żony kompozytora miniatura – „Posłaniec” z 1996 r. - widać nijak mu się nie kojarzyła z językiem wybujałej awangardy, choć Silvestrov w takim języku /dodekafonia, aleatoryzm, sonoryzm/ do lat 60-tych XX w. tworzył, a z prostotą i klarownością Mozartowskiego stylu. Bo też „wiadomość” od tytułowego „anielskiego Posłańca” chyba tak możemy sobie wyobrazić.
Podziwiać należy wielki kunszt pianistyczny Józsefa Örmény`ego, który przez te wszystkie indywidualności kompozytorskie /wielka różnorodność i otchłanne kontrasty osobowości!/, meandry stylistyczne, barwowe, techniczne i formalne tego wieczoru nas, publiczność, bez uszczerbku, a  - ukontentowanych – przeprowadził!      
Iwona A. Siedlaczek

Iwona A. Siedlaczek – najwięcej czasu spędza w Szkole Muzycznej I i II st. im. Tadeusza Szeligowskiego w Lublinie, gdzie prowadzi jedną z klas skrzypiec, resztkę wykorzystuje na studiowanie prac z dziedziny  muzykologii, teorii muzyki i filozofii, co czasami owocuje jakimś własnym artykułem. Od czasu do czasu przyjmuje na siebie rolę kronikarki lubelskich (a niekiedy innych miast) wydarzeń muzycznych, której nie należy mylić z krytyką muzyczną, bo wszyscy krytycy już dawno wymarli, a o muzyce współczesnej to już w ogóle nie wiadomo, co i jak pisać. Współpracuje z Niecodziennikiem Bibliotecznym. Nagrodzona statuetkę Angelusa w kategorii animacji życia kulturalnego za rok 2018.

Powiązane:

Iwona Siedlaczek