W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z serwisu lublin.eu oznacza, że będą one zamieszczane w Twoim urządzeniu. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień Twojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w Polityce prywatności.Zamknij

Drukuj stronę do PDF VIII Międzynarodowy Festiwal Andrzej Nikodemowicz Czas i Dźwięk 2019 - DIARIUSZ FESTIWALOWY V

09.10.201921:39

Dzięki muzycznej pasji, energii i świetnemu wykonawstwu artystów - klarnecisty Andrzeja Wojciechowskiego i pianisty Karola Garwolińskiego – Międzynarodowy dzień Muzyki został godziwie ufetowany!
W Sali Trybunału znalazło się tym razem najwięcej klarnecistów – nauczycieli-muzyków i ich uczniów, którzy przyszli usłyszeć Andrzeja Wojciechowskiego i towarzyszącemu mu przy fortepianie lubelskiego pianistę Karola Garwolińskiego. Ale zapewniam Państwa, że dla skrzypaczki też był to świetny koncert pod każdym względem: znakomicie dobranego programu, interesującego i niekonwencjonalnego, świetnej formy artystów, ich naturalnej muzycznej spontaniczności i „last but not least”  - akuratnej długości koncertu, co też ważne, bo to przecież środek tygodnia…

Panowie rozpoczęli „klasycznie” od Johannesa Brahmsa (1833-1897) – „Sonatą Es-dur op.120 nr 2” na klarnet i fortepian. Późnego Brahmsa /dwie „Sonaty op. 120” powstały w 1894 r., na trzy lata przed śmiercią kompozytora/ artyści pieczołowicie frazowali, pięknie niuansowali dynamicznie i wyrazowo. Grali z troską o każdy szczegół partytury.
Z ciekawością słuchałam, bo miałam w uszach wersję skrzypcową. Tak! zrobił ją sam kompozytor na prośbę Józefa Joachima, świetnego skrzypka i pierwszego wykonawcy swoich utworów skrzypcowych już w r. 1895 / „przy okazji” też transkrypcję na altówkę/. W 2017 roku nagrali trzy sonaty skrzypcowe i dwie klarnetowe w wersji skrzypcowej Sławomir Tomasik z pianistą Robertem Morawskim. Świetna i bardzo interesująca płyta, zdradzająca
w książeczce programowej ogromne zaangażowanie emocjonalne skrzypka w tworzenie tego nagrania. Brahmsa nie da się zresztą wykonywać bez takiego zaangażowania, co potwierdzili artyści tego wieczoru.

Do programu wybrali prócz Brahmsa już wyłącznie muzykę XX i XXI w., co się bardzo publiczności spodobało. Tak więc po „spokojnym majestacie” Sonaty zabrzmiał utwór Paula Pattersona (ur.1947) -„Conversations op. 25” z 1974 r. To ceniony brytyjski kompozytor i profesor kompozycji w Royal Academy of Music w Londynie. Ciekawostką wartą odnotowania jest jego kompozycja na skrzypce solo „Luslawice Variations Op.50” z 1984 r., zadedykowana Krzysztofowi Pendereckiemu, na którego zaproszenie gościł w Lusławicach - tym wyjątkowym na kulturalnej mapie Polski miejscu, ale pisana z myślą o Konstantym Andrzeju Kulce – polskim skrzypku światowego formatu, który też był pierwszym wykonawcą utworu.  Sympatyczne związki z Polską Pattersona potwierdza wykorzystanie polskiego folkloru w tej kompozycji, a także skomponowana wcześniej, w 1981 r. dla Polskiej Orkiestry Kameralnej „Sinfonia Varsovia” - „Symfonia na smyczki”.
„Conversations” /Rozmowy/ to określenie, które można właściwie nadać każdej kompozycji kameralnej. Muzyka kameralna to bowiem czasami bardziej – monolog, czasami bardziej i głębiej  - dialog, a zawsze jakaś dźwiękowa i emocjonalna rozmowa instrumentów i instrumentalistów-wykonawców ze sobą. Ten trzy częściowy /cz. I Allegro deciso, cz. II Adagio, cz. III Presto/ utwór świetnie, z dużą dozą humoru i znajomością faktury obu instrumentów napisany, artyści grali, po prostu się nim bawiąc. W cz. I - kontrastami agogicznymi i artykulacyjnymi /środkowy odcinek to piękne legato, które kontrastuje z dużymi rozpiętością interwałami i stanowczym -deciso zacięciem początku i zakończenia tej części), a w cz. III – jazzującymi, quasi improwizacyjnymi melodiami, synkopowanymi rytmami i barwami nawiązującymi w luźny sposób do Georga Gershwina „ Rapshody in Blue”/glissanda klarnetu i nie tylko/, który po raz pierwszy w muzyce tak zwanej klasycznej jazzem się z dobrym skutkiem inspirował. Cała cz. III została zresztą przez Pattersona napisana jak improwizacyjny spór, kto zagra jeszcze więcej nut i wyraziściej, co jednak wcale nie przeszkadzało instrumentalistom być dla siebie fantastycznymi kompanami, po prostu. Wirtuozowskie zacięcie artystów miało w tym utworze ogromne znaczenie i umożliwiło pokazanie tych wszystkich walorów jakże udanej, bardzo kolorowej i czytelnej dla publiczności kompozycji. Kompozycji, w której wzajemne oddziaływanie na siebie wykonawców ma podstawowe znaczenie, a autor nazwał je dlatego właśnie – „rozmową”.  
Pojęcie „konwersacji” nadaje się jednak znakomicie jako etykietka muzyki kameralnej w ogóle. Należy dodać, że w tak małym składzie, jakim jest duet, musi jeszcze działać pewna „odpowiedniość” czyli wzajemne porozumienie, wspólnota artystycznych ideałów i też - odrobina przynajmniej zupełnie ludzkiej sympatii. Artyści mówili, że grają ze sobą bardzo krótko, ale porozumienie widać było na „pierwszy rzut oka”, więc należy im życzyć, aby kontynuowali to bardzo udane spotkanie z pozytywnym skutkiem i ku ukontentowaniu ich przyszłych słuchaczy.     
Drugą część koncertu rozpoczął Andrzeja Nikodemicza cykl „5 Kołysanek na skrzypce i fortepian op. 94” w świetnej i znakomicie oddającej walory tych miniatur transkrypcji Andrzeja Wojciechowskiego na klarnet i fortepian. Transkrypcja okazała się tak udana i wykonanie tak piękne, że „Kołysanki”, które znałam już z wykonań świetnych skrzypków Bartosza Worocha / I Festiwal, 26.9.2012/, Katarzyny Dudy, która nagrała jedna ”Kołysankę” /DUX, 2009/, czy z wykonania rok temu na VII Festiwalu lubelskiej skrzypaczki Justyny Zańko - w żadnym dotąd wykonaniu nie zabrzmiały tak ujmująco jak w wersji klarnetowej właśnie. Chyba zadziałał ciemniejszy timbre instrumentu. Ale jeszcze i wykonanie, jakieś takie intymne i niesłychanie pasujące do samego kompozytora, jakim ja Go znałam. Słowem, „Kołysanki” stały się nowym odkryciem wśród utworów Patrona Festiwalu!
Na finał panowie wybrali kompozycję właściwie rozrywkową, która pozwoliła zakończyć ten wieczór w atmosferze znakomitej muzycznej zabawy przy rytmach  jazzujących, melodiach jak z klubu bossów narkotykowych i świetnych improwizacjach klarnecisty /tych zapisanych przez kompozytora i własnych!/.  
Pedro Iturralde - ur. w 1929 r. hiszpański saksofonista i kompozytor i jego „Memorias” z 2004 r. , bo o tym utworze mowa, to dźwiękowe portrety miast takich jak  Lisbona, Casablanca i Algier, a w zakończeniu – Retour /powrót/ do wszystkich motywów, by zrobić z nich muzyczny „koktajl”. Nic dziwnego, że po zabisowaniu raz jeszcze tego ostatniego fragmentu, rozległy się prócz gromkich braw – okrzyki znane raczej z koncertów innego autoramentu – tu jednak absolutnie na miejscu! Muzycy sami bawili się świetnie i muzyką cieszyli, a publiczności dali możliwość oderwania się od codzienności i, przynajmniej w wyobraźni, poszybowania do miejsc, gdzie Humprey Bogart ostentacyjnym gestem przypalał papierosa (Casablanca w Maroku), gdzie w hotelu klasy „S”, zbudowanym dla białych bogaczy na stokach Sahelu, rozciągających się wzdłuż zatoki Algierskiej czarnoskórzy muzycy grają dla nich świetny jazz, a w najbiedniejszych uliczkach Lizbony ktoś rozdzierającym głosem wyśpiewuje swoje bóle i troski w tamtejszym fado. To wszystko można było oczami wyobraźni uchwycić podczas słuchania „Memorias”.
W Dniu Święta Muzyki mogliśmy przekonać się, że MUZYKA  to wielka różnorodność smaków, gustów, gatunków, źródeł inspiracji, zapisu, improwizacji, dopowiedzeń i nie…
MUZYKA to źródło energii, radości i zabawy /nie zapominając o ogromie pracy, którą artyści muszą przedtem wykonać, jednak ta radość potrafi im ją choć trochę wynagrodzić!/ nie tylko dla artystów-wykonawców, ale i dla Publiczności, bez której zresztą nie byłoby po co muzyki komponować ani wykonywać! Dlatego MUZYKA to jest WIELKIE DOBRO WSPÓLNE. Nie zmarnujmy GO!!!
Iwona A. Siedlaczek

Iwona A. Siedlaczek – najwięcej czasu spędza w Szkole Muzycznej I i II st. im. Tadeusza Szeligowskiego w Lublinie, gdzie prowadzi jedną z klas skrzypiec, resztkę wykorzystuje na studiowanie prac z dziedziny  muzykologii, teorii muzyki i filozofii, co czasami owocuje jakimś własnym artykułem. Od czasu do czasu przyjmuje na siebie rolę kronikarki lubelskich (a niekiedy innych miast) wydarzeń muzycznych, której nie należy mylić z krytyką muzyczną, bo wszyscy krytycy już dawno wymarli, a o muzyce współczesnej to już w ogóle nie wiadomo, co i jak pisać. Współpracuje z Niecodziennikiem Bibliotecznym. Nagrodzona statuetkę Angelusa w kategorii animacji życia kulturalnego za rok 2018.

Powiązane:

Iwona Siedlaczek