W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z serwisu lublin.eu oznacza, że będą one zamieszczane w Twoim urządzeniu. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień Twojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w Polityce prywatności.Zamknij

Drukuj stronę do PDF VIII Międzynarodowy Festiwal Andrzej Nikodemowicz Czas i Dźwięk 2019 - DIARUSZ FESTIWALOWY II

02.10.201911:36

Ci, którzy wrócili późno do domu po koncercie sobotnim, nawet nie zdążyli przetrawić muzycznego „pokarmu”, a już trzeba było jechać do Trybunału Koronnego na kolejny koncert, tym razem kameralny i poświęcony jednej muzycznej formie – PIEŚNI.
Ta prawdziwa, koncertowa i poważna forma das Lied to „sprawka” Niemców. Ich geniusz pieśniowy /Schubert, Schumann, Hugo Wolf, Brahms, Mahler, czy trzeba więcej wymieniać?/ jest niepodważalny. Ale polscy kompozytorzy pieśniowi też istnieli, a jakże. Fryderyk Chopin (1810-1849) nakazał co prawda swemu totumfackiemu – wirtuozowi fortepianu i kompozytorowi Julianowi Fontanie (1810-1869) w razie śmierci spalić wszystkie pieśni jako „niegodne” Wielkiego Chopina.

Fontana jednak nie posłuchał i „19 znanych pieśni Chopina na głos z fortepianem stanowi bardzo cenne dopełnienie obrazu jego twórczości. Choć kompozytor nie wydał ich za życia, w żadnym wypadku nie mogą być traktowane jako utwory marginesowe. To prawda: poziom ich artystycznego wykończenia bywa różny, wszystkie jednak noszą ślady ręki Chopina i już sam ten fakt stawia je w polu naszego zainteresowania” pisze Artur Bielecki na stronie NIFC (1).
I choć mamy takich tuzów pieśniowych jak Mieczysław Karłowicz (1876-1909) czy Karol Szymanowski (1882-1937), a później Witold Lutosławski  (1913-1994), to z pieśniami wielu innych kompozytorów polskich jest podobnie jak z Chopinem.  Dla niektórych ta forma nie była istotna, może poboczna, albo zwyczajnie stosowana do osobistych celów, może tylko salonowych, a nie dla publiczności. Że jednak poezja nadal i niezmiennie inspiruje kompozytorów – to fakt, którego nie można nie zauważyć. Wytwory tej inspiracji i fascynacji są historycznie cenne i warte tego, aby je poznać. Ten wieczór służył właśnie takiemu szczytnemu celowi zapełnienia „białej plamy” na mapie polskiej kultury muzycznej wykonaniem po raz pierwszy kompozycji pieśniowych Adama Sołtysa (1890-1968). Pozostałe pieśni – Karola Szymanowskiego i Andrzeja Nikodemowicza, też niekoniecznie znane, dopełniły jednego z możliwych obrazów pieśni w polskiej muzyce XX wieku. „Pretekstem” pokazania pieśni Sołtysa był oczywiście fakt, że to lwowski nauczyciel Nikodemowicza. Ale nigdy nie ma jednego źródła żadnej rzeczy na tym świecie, o czym wiedział już Heraklit. Córka kompozytora – Maria Sołtys, oczywiście obecna na koncercie, opracowała ostatnio dla wydawnictwa Polihymnia „Pieśni na głos z fortepianem” swego ojca. I te jedenaście utworów zostało wykonanych tego wieczoru z wielką estymą, kulturą i zaangażowaniem przez sopranistkę Natalię Dytiuk i pianistę Myroslava Drahana.
Natalia Dytiuk – lwowianka, która współpracuje z głównymi instytucjami muzycznymi tego miasta, obdarzona niesamowicie wielkim i mocnym głosem, operuje nim od pięknego piano po fortissimo, które salę Trybunału „prześwidrowywało” na wylot, bardzo zaangażowała się w to premierowe wykonanie. Pieśni opracowała pod każdym względem, była znakomita aktorsko, wyreżyserowała każdą pauzę, oddech i wszystkie szczegóły. Sala okazała się zbyt mała na jej wielki głos! Towarzyszył jej – subtelnie i z wyczuciem pianista lwowski, znany z poprzednich Festiwali, który razem z żoną Oksaną Rapitą /była na widowni!/ wykonywał tu Nikodemowicza ku wielkiej radości kompozytora, który te przyjaźnie z lwowiakami bardzo sobie cenił. Tego wieczoru, co warto utrwalić, spotkały się na widowni Maria Sołtys – córka kompozytora Adama Sołtysa i córka chrzestna kompozytora Andrzeja Nikodemowicza, Małgorzata Nikodemowicz – córka kompozytora i trójka wykonawców jego muzyki i przyjaciół - Natalia Dytiuk, Oksana Rapita i jej mąż Myroslav Drahan. To także przyjaciele Marii i Małgorzaty, i Dyrektor Festiwalu Teresy Księskiej-Falger, na której zaproszenia przyjeżdżają, i chyba już trochę – taką przynajmniej mam nadzieję - samego Lublina.
Ponieważ zrobiono pamiątkowe fotografie, więc wszystko zostanie zachowane dla Potomności.
O pieśniach Adama Sołtysa po ich pierwszym i jednorazowym wysłuchaniu można powiedzieć, że są głęboko osadzone w tradycji niemieckiej Lied . Sołtys zresztą studiował w Berlinie i tą „szkołą” z pewnością przesiąkł. W lżejszym charakterze utrzymane są zaledwie dwie pierwsze pieśni : „Przedwiośnie” do sł. Hugo von Hofmannstahla (1874–1929), choć natarczywe preludiowanie fortepianu wskazuje, że podskórnie dzieje się coś niedobrego. Wiersz młodego poety frapował wielu, bo „przedwiośnie” jest dla niego synonimem nie tyle pory roku, co czegoś „przed” zmianą, której konieczność jest poetyckim zmysłem lepiej od przeciętnego człowieka wyczuwalna /i jak wiemy, nastąpiła – wiek XX i dwie wojny światowe/.  I „Das Bächlein” /Strumyk/ – czyżby autorstwa wybitnego znawcy bibliotekarstwa z Berlina i wolnomularza Augusta Wolfstiega (1859–1922)? (3)
Pozostałe pieśni miały bardzo ekspresywną formę, przekomponowywaną wraz ze zmieniającymi się nastrojami, wizjami, obrazami tekstów. Zdarzały się powtórki tych samych słów, co już od czasów Mozarta świadczy o kompozytorskim intelektualnym zaangażowaniu w tekst poety, świadczy o współkomponowaniu, czym de facto pieśń przecież – jest lub „być powinna”. Pieśni do tekstów tak wybitnych poetów jak Heinrich Heine (1797 - 1856) „Das Gelbe Blatt”/Żołty liść/- niezwykle romantyczna w wyrazie, pełna ekspresji melodycznej i ciekawych rozwiązań harmonicznych; Leopold Staff (1878-1957), który przecież był lwowiakiem i panowie mogli się spotkać - „Przyjście” ze zbioru „Ptakom niebieskim” [1905]; Kazimierz Wierzyński (1894-1969) – „Ziemia obiecana”, którego nie można, jak mówiła córka Maria odnaleźć w żadnym drukowanym zbiorze, być może został więc napisany dla kompozytora i jego „Maki”; Maria Konopnicka (1849-1910) – zmarła we Lwowie poetka  - „Noc majowa” ze zbioru „Noce letnie” [1883]. Już ta lista wygląda imponująco. To znakomita, głęboka poezja, nie – „wierszyki”. Aby ją umuzycznić, trzeba było ją przemyśleć, przetrawić wewnętrznie. I to jest słyszalne w pieśniach, które są emocjonalnie pełne gorącej ekspresji, w tonie – raczej minorowe, ale też kompozytor wybrał takie właśnie teksty, które widać korespondowały, współgrały z jego wnętrzem, a jednocześnie miały moc pobudzania do dopełnienia ich muzyką.
Nie wymieniłam jeszcze trzech tytułów wykonanych tego wieczoru pieśni, bo to osobna kolekcja, także niezwykle interesująca. A więc „Na dworze noc” niejakiego Rappaporta, o którym Maria Sołtys powiedziała niezwykle interesującą rzecz, że służyli razem z Adamem Sołtysem w wojsku i przy tej pieśni kompozytor napisał dedykację:  „Towarzyszowi niedoli”, pieśń staje się więc tutaj „świadkiem historii”, jakże bardzo pogmatwanej w tym rejonie świata. Kolejna pieśń „Królewna” do słów Jerzego Żuławskiego (1874-1915) – wspaniałego poety i dramaturga młodopolskiego, której muzyczna fraza uwypuklała oniryczny nastrój i niezwykłość tej poezji. Została nam pieśń „Süβe Täuschung”/Słodkie oszustwo/, którego autorstwa Maria Sołtys nie mogła sobie przypomnieć, co dopełnia liczby jedenastu wykonanych pieśni. Widać, że wieczór został zdominowany tym zestawem, bo raczej nie jest to – cykl. Warto było uczestniczyć na żywo w tej prezentacji, bo jeśli komuś zależy naprawdę na Kulturze polskiej, to będzie podsycał jej trwanie na różne sposoby. Na tym koncercie można było zauważyć co najmniej – cztery. Pierwszy – zadbanie o wydanie (to – córka), drugi – zadbanie o wykonanie czyli zorganizowanie festiwalu (to - Dyrektor Festiwalu), trzeci – wykonanie (to artyści wieczoru, duże brawa, bo przedsięwzięcie niełatwe!), czwarty – zebranie się publiczności, aby wysłuchać, co wynikło z trzech poprzednich. Żaden z tych czynników kulturotwórczych i kulturę wspomagających nie jest sam dla siebie, wszystkie mają istotną rolę do spełnienia, są w całości planem architektonicznym dalszego jej istnienia. Jeśli ktoś o tym nie wie, albo nie myśli, to warto było nocą pokoncertową pisać, aby Mu to uświadomić.

Pieśni Adama Sołtysa nie przesłoniły całkowicie horyzontu wydarzeń tego wieczoru, jest jeszcze miejsce na okalające je pieśni Szymanowskiego /na początku/ i Nikodemowicza /na końcu koncertu/. Cztery pieśni Szymanowskiego – wybrane tu, wedle słów prowadzącej koncert Teresy Księskiej-Falger dlatego, że obaj pozostali kompozytorzy byli „zapatrzeni” w niego. Sołtysa harmonia i jakiś rodzaj „ekspresjonizmu” z pewnością dadzą się porównać do wyrazowości Szymanowskiego, niektóre z pieśni i inne utwory Nikodemowicza prezentowane na wcześniejszych edycjach – także, ale trzy wczesne pieśni Nikodemowicza wykonane tego wieczoru – raczej nie, ale o tym za chwilę.  Artyści rozpoczęli „Łabędziem”, wczesną pieśnią op. 7 z 1904 r., jak pisał Mieczysław Tomaszewski (1921-2019) – najlepszy polski badacz liryki wokalnej „nastrój kompozycji implikuje wybrany przez Szymanowskiego tekst sonetu autorstwa młodopolskiego pisarza i poety Wacława Berenta, pochodzący z wydanej w 1902 roku powieści „Próchno” (4). I jest to nastrój dekadencki, bliski Szymanowskiemu przynajmniej w wersji estetycznej, a dla Berenta stanowiący oś jego twórczości. Symbolem tej dekadencji jest właśnie tytułowy „łabędź” – miłość nierealna i śmierć, i wiele innych smutnych rzeczy, które Szymanowski muzycznie skomentował ciemnym brzmieniem fortepianu i niespokojną linią głosu.
Kolejna pieśń - „Czasem gdy długo na pół sennie marzę” - nr 4 z najwcześniejszego zbioru „Sześciu pieśni do słów Kazimierza Tetmajera” op. 2 z lat 1901-2. Kompozytor uważał je za „nic wielkiego” (jak Chopin!), ale można w nich znaleźć „powinowactwo z wyboru” z Tetmajerowską nutą melancholii czy wręcz pesymizmu, więc znów – dekadentyzm, ale w bardzo miłej dla ucha późnoromantycznej konwencji. Co prawda do tego akurat tekstu wolę zdecydowanie pieśń Karłowicza, ale z przyjemnością wysłuchałam pięknego wykonania  Natalii Dytiuk i Myroslava Drahana. Dwie kolejne pieśni natomiast to niezwykle rzadko wykonywane  „Sleep Now” i „Lean Out of the Window” – nr 2 i 3 ze zbioru „Siedem pieśni do słów Jamesa Joyce'a” op. 54  z 1926 r. Teksty Szymanowski wybrał z niezwykłego zbioru liryków „Chamber Music” - irlandzkiego pisarza i poety Jamesa Joyce`a (1882- 1941). To późny okres twórczości kompozytora, ostatni, w którym nastąpiło uproszczenie języka, a w dodatku do Joyce`a eleganckich i ciepło ironicznych wersów, jeszcze nie przeobrażonych w późniejszy zapis „strumienia świadomości” Szymanowski dopasował równie elegancką strukturę fortepianu, a głosowi dał  śpiewać bardzo współczesną frazą. Tym razem mówił o swoich utworach, że „są naprawdę ładne” (5).  
Natomiast trzy pieśni Nikodemowicza, które były zwieńczeniem koncertu i wymagały nie lada zaparcia od śpiewaczki, bo na sali było już duszno, a w gardle zasychało nawet  tym, którzy go do niczego pięknego nie używali, pochodziły z najwcześniejszej twórczości kompozytora, na VIII Festiwalu prezentowanej. „Pożegnanie” do słów Juliana Ejsmonda (1892-1930); „Kołysanka Mamy” do zapamiętanego z dzieciństwa tekstu Babci i Mamy kompozytora (to wiadomość od córki Małgorzaty) i „Złociste dni” do słów Leopolda Staffa.    
Te trzy pieśni w prostszej niż pieśni Adama Sołtysa formie, bardzo wdzięcznie i lirycznie, w stylu z pewnością bliższym Karłowiczowi niż Szymanowskiemu wypowiedziały czarujące piękno dzieciństwa. „Kołysanka Mamy” oddana pełną ciepła i miłości frazą, wszystkie razem dały mini-cykl jakiegoś symbolicznego „pożegnania złotych dni” dzieciństwa kompozytora. Czy jednak doprawdy „pożegnania”? Muzyka, jak poezja, o czym wiedział już Owidiusz, ma moc unieśmiertelniania tego, czego się dotknie. I dzięki temu mogliśmy spotkać się z Pięknym Cieniem Andrzeja Nikodemowicza w jego krainie dzieciństwa, co było doświadczeniem doprawdy wzruszająco pięknym.
Iwona A. Siedlaczek

PRZYPISY:
(1)    https://pl.chopin.nifc.pl/chopin/genre/detail/id/9
(2)    „Osiemnaście lat miał Hugo von Hofmannsthal, kiedy w elitarnym, przez samego Stefana George wydawanym, berlińskim czasopiśmie „Blätter für die Kunst” ogłosił swój wiersz-manifest „Przedwiośnie” – piękną wykładnię tego wiersza daje Andrzej Lam http://www.knpk.ah.edu.pl/palio/html.run?_Instance=wshpostgres&_PageID=1&_CatID=2173&_LangID=1&_CheckSum=-869549568
(3)    W programie nie zostali wymienieni autorzy tekstów poetyckich, więc dopytałam osobiście Autorkę Wstępu do „Pieśni” Adama Sołtysa  - Maria Sołtys i z tych nie całkiem kompletnych informacji próbuję na własną rękę zlepić jaką całość. Być może Pani Maria Sołtys /za co z góry dziękuję/ zechce mnie sprostować, wtedy poprawki oczywiście pojawią na tej samej stronie Niecodziennika.
(4)    Mieczysław Tomaszewski, "Nad pieśniami Karola Szymanowskiego. Cztery studia", Akademia Muzyczna w Krakowie, 1998.
(5)    K. Szymanowski „Korespondencja” t. 2 1920-1926 , zebrała i oprac. T. Chylińska, PWM, Kraków 1994, s. 514.

Iwona A. Siedlaczek – najwięcej czasu spędza w Szkole Muzycznej I i II st. im. Tadeusza Szeligowskiego w Lublinie, gdzie prowadzi jedną z klas skrzypiec, resztkę wykorzystuje na studiowanie prac z dziedziny  muzykologii, teorii muzyki i filozofii, co czasami owocuje jakimś własnym artykułem. Od czasu do czasu przyjmuje na siebie rolę kronikarki lubelskich (a niekiedy innych miast) wydarzeń muzycznych, której nie należy mylić z krytyką muzyczną, bo wszyscy krytycy już dawno wymarli, a o muzyce współczesnej to już w ogóle nie wiadomo, co i jak pisać. Współpracuje z Niecodziennikiem Bibliotecznym. Nagrodzona statuetkę Angelusa w kategorii animacji życia kulturalnego za rok 2018.   

Powiązane:

Iwona Siedlaczek

Wydarzenia polecane