W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z serwisu lublin.eu oznacza, że będą one zamieszczane w Twoim urządzeniu. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień Twojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w Polityce prywatności.Zamknij

Drukuj stronę do PDF XIII Międzynarodowe Sympozjum Biografistyki Polskiej

18.11.201520:58

XIII Międzynarodowe Sympozjum Biografistyki Polskiej - "Polscy muzycy w świecie"  odbyło się w Lublinie w dniach 14-15 listopada 2015 r. Nie było oblężenia słuchaczy. Z jednej strony lepiej, bo kameralnie, a wtedy zawsze można porozmawiać z referentami. Z drugiej – takie spotkania odbywają się nie tylko w Polsce, ale i Europie (Bruksela, Rzym, Watykan) i dotyczą ważnych spraw narodowych, może nawet ważniejszych od wieszania flagi na 11 listopada na własnym balkonie (co też jest cenne, oczywiście). Właściwie jedyną przedstawicielką Lublinian okazała się sama niżej podpisana, co też obliguje ją do przekazania dla potomności kilku informacji z tego interesującego spotkania.   
Zjazdy biografistów dotyczą bowiem nie powierzchni tego, co zwykło się określać mianem kultura polska, narodowa, a wchodzą w głąb pojęcia. Oczywiście do wysłuchania kilkunastu referatów na XIII Sympozjum zmobilizował mnie przede wszystkim muzyczny zakres proponowanej biografistyki i ciekawość o jakichże to postaciach będzie mowa.
Na zdjęciu Iwona A. Siedlaczek
fot. Jerzy Jacek Bojarski
Były to zdecydowanie interesujące postaci – na czele z kompozytorem Andrzejem Panufnikiem (wystąpienie dr Beaty Bolesławskiej-Lewandowskiej z Instytutu Sztuki PAN, autorki znakomitej monografii kompozytora),  którego nazwisko zwłaszcza od 2013 – Roku Panufnika jest znów bardziej obecne w kulturze polskiej, poprzez znaną tylko „niszowo” postać kompozytorki Katarzyny Arnhold (referat dr hab. Ewy Skardowskiej, UMiFC), Wrocławianki, która mieszka na stałe w Holandii, ale też zupełnie nieznanych postaci, jak: Cezary Skubiszewski (ur.1948) – kompozytor muzyki filmowej i dyrygent z Australii, Marian Porębski (1910-2008) – światowej sławy tenor bohaterski  i wagnerowski, który mieszkał we Francji, w Polsce zupełnie zapoznany, Wiesław Piękoś – pianista urodzony w Krakowie w 1947 r., a mieszkający w Niemczech, który zrobił sympozjanom niespodziankę i przyjechał wysłuchać kilku referatów, głównie tego sobie samemu poświęconego;  czy postać Bronisława Mirskiego (1887-1927) – skrzypka pochodzenia żydowskiego urodzonego
i wykształconego w Warszawie, który wypłynął do Stanów  Zjednoczonych, gdzie założył własną małą orkiestrę i dał się poznać jako dyrygent, opracowujący, komponujący i wykonujący na żywo muzykę do niemych filmów.Aby opowiedzieć o Cezarym Skubiszewskim, przyleciała z Australii dr Bogumiła Żongołłowicz, a o swoim mężu mówiła prof. dr hab. Dominika Porębska-Kwaśnik, która w ostatniej chwili dotarła z Francji. Z Francji też przybyła admiratorka talentu Wiesława Piękosia – red. Agata Kalinowska- Bouvy. To bardzo sympatyczne, a przede wszystkim – cenne, że  c h c e  się komuś z tak daleka przyjeżdżać.  Ale tu chodzi o dużą sprawę. O to, aby zachowały się relacje i wiadomości o życiu i dziele postaci, które się promuje. Problemem bowiem wielokrotnie pojawiającym się na sympozjum była właśnie obawa o zachowanie tej pamięci. Dlaczego obawa? Otóż artefaktów, czasem bardzo licznych, jak stroje, partytury, wycinki z gazet, listy itd. które ostały się na przykład po Marianie Porębskim, nie będzie gdzie przechowywać. Osoby będące aktualnymi architektami obecności w świecie kultury polskiej, ale i światowej osób o których mówiły, liczą się ze swoim odejściem, a dziś większość instytucji nie przyjmuje takich zbiorów, tłumacząc się, że nie ma gdzie tego trzymać. Jest to jednak problem nie tylko dorobku  życia wybitnych Polaków na obczyźnie, ale także i w Polsce. Obawiam się, że ostatnie 60-lecie może być w wielu przypadkach mniej udokumentowane niż poprzednie, którym wstrząsały wojny, ponieważ nie dba się i nie tworzy miejsc przechowywania materiałów z tego okresu. To bardzo smutne. 
Tym bardziej cenne jest, że drukuje się materiały posesyjne, gdzie choć tylko najważniejsze, ale jednak, informacje, przekazywane są do wiadomości szerszego gremium. Mają w ten sposób szansę stać się obecne w myślach tych, którzy książkę tę przeczytają, a także trwać w niej dla następnych pokoleń czytelników. Oczywiście, jeśli to jeszcze będzie miało jakiekolwiek znaczenie. Drugim bowiem problemem, który pojawiał się w wypowiedziach referentów była sprawa obojętności współczesnych zarówno na wiedzę historyczną, jak na obecność tradycji. Z jednej strony wzrasta popularność pewnych dziedzin, jak choćby muzyki folkowej, a z drugiej nie bardzo wiadomo kto i gdzie miałby przechowywać spuściznę i zbiory pozostawiane przez artystów różnych dziedzin nie tylko muzyki, ale kultury. A może już tak daleko zabrnęliśmy, jako społeczeństwo przynależne do świata konsumpcji, w komercję, że nie potrafimy odróżnić, co  j  e s t  naprawdę warte zachowania, zarchiwizowania. I to nie jako muzeum do oglądania za szybką, a materiały do czytania, słuchania i oglądania, bo wtedy jest szansa na jakąś myśl własną tych, którzy po nas przyjdą. Szum medialny, tak wielki i wszechobecny, nie powinien nam zagłuszać głosów wartych przechowania i pamięci. Właśnie Międzynarodowe Sympozja Biografistyki Polonijnej przyczyniają się do wydobycia z tego szumu istotnych głosów i treści. I to jest ich najcenniejsza zdobycz. Można liczyć, że działania tego rodzaju przyniosą  efekt w myśl „zasady kręgów wodnych” czy też „efektu motyla”.  
Integralną część XIII Sympozjum stanowił koncert lubelskiej orkiestry filharmonicznej o znamiennym tytule „Genocyd – tryptyk o kanonie nadziei”,  a wszyscy uczestnicy XIII Sympozjum zostali na ten koncert zaproszeni.  Warto i jemu poświęcić tutaj uwagę. Zwłaszcza, że odbyły się trzy prawykonania utworów skomponowanych na tę okazję, a jednym z organizatorów XIII Sympozjum, obok Fundacji Polonia Semper Fidelis i Muzeum Niepodległości w Warszawie, była właśnie Filharmonia im. Henryka Wieniawskiego w Lublinie z jej dyrektorami: naczelnym dr Janem Sękiem i artystycznym – Wojciechem Rodkiem.  Pod dyrekcją tego ostatniego usłyszeliśmy „Hymn – Psalm pochwały prawości” gruzińskiego kompozytora Reso Kiknadze, poświęcony pamięci  św. Grzegorza  Peradze (1899-1942); „Elegię – Lamentację z majdanu milczenia na sopran i orkiestrę symfoniczną” kompozytora ukraińskiego Igora Szczerbakowa poświęconą pamięci duszpasterza obozowego na Majdanku, ks. Emiliana Kowcza (1884-1942) oraz „Litanię – Ekstazę do świętego feretronu” Piotra Bańki, poświęconą pamięci św. Maksymiliana Kolbe (1894-1941). Oddano tymi utworami cześć pamięci trzech duchownych. Dwóch, którzy poświęcili własne życie na rzecz innego, konkretnego, choć „zwyczajnego” człowieka (Peradze i Kolbe) i trzeciego, który bez względu na ich wyznanie, do końca służył pomocą duchową współwięźniom (Kowcz). Warto chyba pomyśleć przy następnej okazji także o Januszu Korczaku – doktorze i przyjacielu dzieci, z którymi razem poszedł do gazu i uczcić go  g o d n ą  jego życia i śmierci – kompozycją. 
Może nie wypada przy tak podniosłej tematyce koncertu, który w dodatku zderzył się z realnym tragicznym wydarzeniem*  mówić o samych kompozycjach, ale jako muzyk nie mogę zostawić  tej kwestii bez dopowiedzenia. I może właśnie głównie ze względu na podniosłość owej chwili. Utwory na zamówienie , a jeszcze takie, są z pewnością wyzwaniem dla twórców, bo muszą czemuś określonemu „służyć”, a „służenie” zawsze jest odrobinę degradujące dla dzieła. Jednak dwa pierwsze utwory: Reso Kinkanadze i Igora Szczerbakowa sprostały temu zadaniu, będąc  rzeczywistymi kompozycjami (w znaczeniu świadomej budowy i kształtowania przez twórcę materii muzycznej). Dziwność brzmienia pierwszej (można powiedzieć, że w dużym fragmencie była to muzyka odhumanizowana) spowodowała koncepcja kompozytorska, arcyciekawa zresztą, aby materiał dźwiękowy był spektrogramem, czyli wykresem widma amplitudowego sygnału dźwiękowego pochodzącego z wykładu dr Heinzgerda Brakmanna o życiu, działalności i śmierci św. Grzegorza Peradze, przetranskrybowanym na dźwięki orkiestry.  Wyraz emocjonalny  ukryty w dźwiękach był przez to ciężki do wytrzymania, ale chyba o to chodziło. Ostatni fragment (dało się wydzielić przy tym pierwszym odbiorze trzy fragmenty) natomiast powrócił do czynnika „ludzkiego” tym, że na tle pizzicato smyczków słyszalny był szept przejmujący, wykonany przez niektórych muzyków, który stał się tak boleśnie nieznośny, że mógł przyprawić o mizofonię. Myślę, że przy pomocy tych i takich dźwięków, jakie kompozytor wybrał, naprawdę poczuliśmy istotę ludobójstwa – odhumanizowanie. Utwór nie miał być „piękny”, ale w pewien, przez twórcę chyba przemyślany sposób – prawdziwy. 
I to się udało. Kompozycja dość dobrze w Polsce znanego Igora Szczerbakowa mogła się podobać. Nie wprowadzała specjalnie nowatorskich środków, ale umiejscawiając wśród orkiestry sopran – dała głos milionom z milczących wcześniejszych i współczesnych majdanów . Ta lamentacja, może momentami
w wykonaniu efektownego sopranu Ewy Majcherczyk nazbyt histeryczna, była jednak bardzo przejmująca, jak i cały utwór. 

Jednak owację otrzymał utwór Piotra Bańki, którego określenie jako postmodernistyczny byłoby zdecydowanie na wyrost. Ta kompilacja znanych formuł  muzyki filmowej (jakieś „pożegnania z Afryką” i bywanie „w pustyni i w puszczy”)  w elektronicznym podkładzie dźwiękowym przez cały czas trwania z głośników się wydobywająca, na żywo natomiast obecna w wokalizach chóru i maleńkim głosem wyśpiewanych przez solistkę fragmentach, mogła rzeczywiście przyprawić  o wołanie: Kyrie eleison! - tekstu przez p. Bańkę zresztą wykorzystanego. Ten popowy utwór miał tylko jedną wadę: był za długi. Koncepcje skończyły się bowiem już po chwili i dalej ciągnąć go nie było sensu, przynajmniej – sensu artystycznego. Najbardziej ucierpiała na tym pamięć św. Maksymiliana, niestety. 
Koncert zakończyła Symfonia VIII Symfonia h-moll "Niedokończona" (D759) Franza Schuberta, która nie zrobiła już na słuchaczach takiego wrażenia jak poprzedzająca ją „Litania – Ekstaza”, ale tu już wypada tylko milczeć.  
Iwona A. Siedlaczek